browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

2012 – 6 – Peloponez

Posted by on 12 grudnia 2012
 
 
 
 
 
Częśc 6  
 
Peloponez
 
 
 

 






 Nadal wieje niesamowicie , przez najbliższe dziesięć kilometrów w głąb lądu lata wszystko , śmieci , liście , gałęzie . Drzewa przygięte , zadziwiające . Jednak udało się nam na Kefalonii i Zakynthos . Ani jutro , ani pojutrze na pewno nic tam nie wypłynie w morze. Szukamy gazu co w Grecji nie jest łatwe . Po jakimś czasie znajdujemy małą stacje położoną za małym miasteczkiem jakieś 10 km od autostrady. No to pięknie , jak zwykle nie można płacić kartą . Tankujemy śmieszne dwa litry i jedziemy szukać bankomatu . Miasteczko małe ale oświetlone i pełne ludzi . Kawiarnie sklepy , restauracje ale banku i bankomatu w nim nie ma . Nieprawdopodobne. Zaczepiam Greka idącego ulicą , ten mocno powiedziałbym zawiany tłumaczy mi , że gdzieś , za ileś tam , ale trochę , daleko to jest miasteczko . Że la, la , la … i tam są same banki. Jedziemy . Po jakichś dwóch kilometrach dogania mnie jakiś grat ( golf ) w nim nawalony grek i pokazuje , żebym za nim jechał. . Zostawia mnie kilka kilometrów dalej mówiąc, że teraz w prawo , do świateł , w lewo , drugie światła i kawałek w prawo J No dobra, dojeżdżamy do tych świateł i nagle widzimy , że w przeciwną stronę kieruje znak AIRPORT, z ulgą stwierdzamy , że tam musi być jakiś bankomat. Skręcam wg znaku i po trzystu może metrach widzę , że prosto na mnie mocno świecąc w oczy wali jakiś TIR.  Złudzenie , nie mogę uwierzyć, to brama i dwa wielkie reflektory. Lotnisko a jakże jest, tyle , że wojskowe . Wychodzi do nas jakiś żołnierz ale po kilku słowach leci po kolejnego , bardziej kumatego. Wygląda jak taki z amerykańskiego filmu, na luzie ale po wojskowemu.  Ten również każe nam jechać do tego miasteczka z bankami. Jedziemy grzecznie wg poleceń . jeszcze tylko raz w prawo i jak to w Grecji , ten kawałek .   będzie miał   lekko kilka kilometrów. Jak nic jedziemy w stronę morza bo wieje koszmarnie. Miasteczko okazuje się kurortem więc jest tu wszystko , banki też . Bierzemy kaskę  i wracamy na stację z gazem . Zadowoleni ruszamy do Olimpii . Co prawda już późno ale zbumelowaliśmy na wyspach kilka dodatkowych dni, więc nie ma co, trzeba jechać . Małżonka śpi, po godzince dojeżdżam do Antycznej Olimpii. Budzę Iwonkę i objeżdżamy miasteczko, żeby już rano nie tracić czasu na poznawanie gdzie, co i jak.  Po półgodzinie lądujemy na campingu . Jest nas tu dwa namioty , jeden trumper i jedna Vespa. Prąd jest, ciepła woda również . Idziemy spać. Rano, jak zwykle o świcie ruszamy do antycznej wioski olimpijskiej. 

 

 

Najpierw muzeum , właśnie otwierają , wchodzimy pierwsi , na szczęście , bo po nas szykuje się już kilka wycieczek ale maja zbiórki.

 

 

 

 



Po wejściu oglądamy sale i eksponaty w zupełnej ciszy i spokoju, chodząc po muzeum tylko we dwoje.

 

 

 

 
 
 
 

 

 
 
 
 
 
 Udajemy się do wioski olimpijskiej . A tu mimo wczesnej pory setki ludzi z całego świata. 




 
 

 


Miejsce jest imponujące . Zawsze wydawało mi się , że będzie to kilka kamieni , jakaś świątynia i resztki stadionu . A zastaliśmy tu pozostałości wielkich budowli, świątyń i miejsc gdzie przebywali uczestnicy igrzysk .

 

 

 
 
 
Wszystko to na ogromnej przestrzeni i w dużej ilości .
 
 
 
 
 
 Do tego porozrzucane ogromne zwalone kolumny, dające wyobrażenie jak wielkiej budowli stanowiły część.
 
 


Po wizycie na antycznym stadionie i obejrzeniu reszty wioski ruszamy na południe .
 

 


 

Rzut oka na teatr tyle, że już nowożytny i na wielkie konstrukcje na wzgórzach. Zastanawialiuśmy się do czego służą . Okazało się , że to maszty podtrzymujące ogromne polewaczki , którymi podlewano wszystko co było w dole. Sprytne i skuteczne bo zieleni jak nigdzie indziej,

 

 

 



 Naszym celem Koroni i Methoni wraz ze swoimi murami obronnymi, na samym końcu Peloponezu.  Po drodze jednak mamy nagrane przez Violę i Darka jeszcze jedno ciekawe miejsce . Wodospady Nedy. Zanim tam się skierujemy wpadamy jeszcze na kolejną plażę . 
 

 



Wodospady Nedy nie są miejscem powszechnie znanym , nie przyjeżdżają tu autokarowe wycieczki , ani plażowi turyści. Jeżeli już ktoś o tym miejscu wie to raczej Grecy lubiący góry . Odbijam z głównej drogi i po kilkunastu kilometrach jazdy mocno pokręconą , wąska asfaltówką dojeżdżam do malutkiej wioski z dużym kościołem. 
 
 
 
 
Kościół wysoko , prowadzą do niego długie strome schody . Po bokach rzeźby kobiet i mężczyzn . U nas by to nie przeszło :))))))))))))) Na pewno podpaliłoby się parę dewotek.
 
 
 
 
 
 
Na pewno podpaliłoby się parę dewotek.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Znowu jedziemy przez wypalone tereny
 
Jeszcze jedna mała wioska i dalej już droga wąziutka, z początku coś na kształt betonu , później coraz gorsza, aż zaczyna się zwykła uklepana z gliny,  piachu i pyłu.
 

Znów się zaczyna, widoki cudo ale w dół lepiej nie patrzeć. 
 

 

 

 


Myśleliśmy , że po Vikos to już nic nas nie zaskoczy ale tam chodziliśmy piechotą a tu Maździa przechodzi sama siebie. Zatrzymujemy się na chwilę , żeby rzucić okiem . W dole , przepraszam, bardzo daleko dole widać cieniutką nitkę drogi , jakiś kilometr w dół , taka ruda pokręcona kreska na dnie zielonego wąwozu.  Gdzie indziej równie głęboko jakiś mały punkcik , wygląda jakby ktoś wapno wydobywał przy małej budce , a wszystko też kilometr w dole.

 

 

 
 

 

Zdjęcie zrobiłem z maksymalnym przybliżeniem a i tak mało co widać, zresztą jest to wycinek poprzedniej fotografii.

 

 


 No cóż, zjeżdżamy. Wielkie przeżycie . Po drodze mijamy odkryty kawałek góry , wybierają tu ziemię , jeśli można to coś tak nazwać .

 

 

 

 


 Krwista jakaś ale to ziemia, w innych miejscach , np. w miasteczkach obsypywane są nią świeżo posadzone drzewa , to samo w gajach oliwnych. Jakimś cudem zjechaliśmy na sam dół. Stoi tu kilka samochodów, ludzie zakładają porządne buty i schodzą jeszcze niżej do kamiennego mostka.

 

 

 

 

 Po pewnym czasie ruszamy. Na ziemi leży rozwalona tablica z mapką na której widać „kataraktas” zarówno w jedną jak i drugą stronę . Nie mając pojęcia w którą stronę iść kieruję się tam skąd wracają inni ludzie. Idziemy do wodospadów więc mamy nie brać wody. Nie jestem tym zachwycony ale ok. Po kilkudziesięciu metrach źródełko ale nie mam w co jej nabrać. Droga nawet niezła, wybetonowana wygląda na to , że prowadzi do jakiegoś klasztoru ale pnie się ostro w górę. Do tego jest to samo dno ogromnego wąwozu. Z góry słońce pali niemiłosiernie, jak w piekle.

Iwonka po kilkudziesięciu metrach poddaje się i chce wracać. Wyprowadzony tym mocno z równowagi tłumaczę grzecznie, że nie po to tu tyle zasuwałem, żeby teraz się wycofać. Po długiej rodzinnej wymianie zdań, wściekli na siebie schodzimy. Po chwili odpoczynku ruszamy po raz kolejny tym razem ścieżką w druga stronę. Ta pnie się coraz wyżej ale przynajmniej słychać w dole strumień. Wąska i kamienista Cholera ale przynajmniej posiada wzdłuż drewnianą poręcz. 
 

 



Z naprzeciwka żwawo posuwają jacyś Grecy z małymi dziećmi. Nie jest źle pomyślałem. Pytam ich czy dobrze idziemy i czy jeszcze daleko, odpowiadają , że jeszcze jakieś dziesięć minut drogi i już . Proszę , żeby przekazali tę dobrą nowinę pewnej obrażonej pani idącej gdzieś z tyłu. Po chwili nadchodzi. Dalej już wspólnie, jednak jeszcze w ciszy J bez pośpiechu idziemy dalej. Po jakimś czasie dochodzimy do malutkiego jeziorka miedzy skałami, do którego wpada nieduży wodospad. 
Nic wielkiego.
 
 

 


 Z góry schodzą inni ludzie . Po odpoczynku wspinamy się dalej . Przed nami maleńka cerkiew trochę tylko większa od budki przystankowej .

 

 

 

 

 W środku ikony, świece,  na zewnątrz dzwon i stara zdobiona misa do stawiania zapalonych świec. 

 

 

 
 
W środku mały chłopczyk zgodnie tutejszym zwyczajem całujący każdą ikonę i jego rodzice tłumaczący mu coś dotyczącego tamtejszej religii. W dole tuż pod cerkwią Neda  przeciskająca się przez wąski wąwóz, spadająca kaskadami w dół . Można tam dojść,  niestety od dołu i w odpowiednim sprzęcie. Obserwujemy innych śmiałków pod kaskadami. Wracamy do cerkwi i idziemy w górę. Po 50, może 100 metrach wspinaczki dochodzimy do jeziorka. Z góry, z bardzo wysoka spada do niego po skałach lodowata woda.
 

 

 
 
 
 
 Z początku nieśmiało ale zanurzam się cały. Sama radość , w słońcu z 50 ‘C, a woda ze 4’C , szok termiczny murowany. Ostrożnie kieruję się w stronę wodospadu. Po chwili organizm przyzwyczaja się i jest w porządku. Namawiam małżonkę na podobny eksperyment, bardziej z ciekawości niż dla przyjemności odważa się zanurzyć tak na ¾ J i ……… chodu na brzeg. Jeszcze raz do zdjęcia i koniec. Ja nie wiem ??? gorąco źle , zimno źle J  Jak mały chłopiec włażę pod wodospad , trochę tam głębiej. Woda spada na głowę z ogromna siłą. Fajnie jest. Odświeżeni wracamy tą samą drogą . Ta jakby , trochę krótsza. Zadziwiają mnie jednak matki z malutkimi dziećmi na rękach bez obawy kroczące tą wąską ścieżką tuż nad przepaścią, co gorsza niektóre dzieciaki idą same bez żadnej opieki. U nas mamusia usłyszałaby parę słów od niemal każdego mijanego turysty. Ale co robić ???  Schodzę jeszcze zamoczyć nogi w Nedzie, oglądam kamienny mostek i do samochodu. 
 

 

 

 

Wracamy drogą do wsi z kościołem. Darek mówił, że będzie ciężko. Maździa dzielnie się wspina się po piachu. Lubię ten samochód, zawsze ją chwalę i podziwiam. Jest z nami już osiem lat przez, które bezpiecznie i bez problemów wozi po całej Europie często w ekstremalnych warunkach , po bezdrożach i innych dziwnych miejscach, gdzie nie jeden „na cztery koła” poddałby się. Z samej góry ponownie spoglądamy w dół , ten mały biały punkcik o którym wspominałem wcześniej to właśnie ta mała cerkiew między wodospadami.

 

 

 

 


Świetne miejsce, warto było się natuptać.

 

 

Jedziemy przez kolejne wioski, wszystkie czyściutkie i kolorowe.

 

 

 
 Wąsko tu ale tak tu jest, za wioskami droga znośnej szerokości za to w wioskach trzesz lusterkami po ścianach.
 


Po dojechaniu do głównej drogi , robimy krótką ale ważna naradę. .Wg mojego planu powinniśmy jechać teraz na południowy cypel do Koroni. Później na drugi. Potem na trzeci i dopiero wtedy wracać w stronę Koryntu i Aten. Zostało nam już tylko kilka dni, brakuje teraz tych z wysp ale co tam, warto było. Przed nami półwysep, za nim Koroni  60 km, tylko ale jak zobaczyłem jaką drogą i przez jakie góry to stwierdziłem , że jestem już wystarczająco „UTWIERDZONY” żeby gnać tam , w celu zobaczenia kilku murów , baszt i kamieni. Iwonka proponuje odpuścić również drugi półwysep z ciekawostką jaka jest wieś Vathia  i pojechać do Sparty a stamtąd bezpośrednio do Koryntu. Mówi, że w przyszłości poświęcimy cały wyjazd tylko Peloponezowi. Skłaniam się ku temu tym bardziej , że w nasze plany Darek z Wiolą wcisnęli jeszcze ku naszemu zadowoleniu i przy całkowitej aprobacie wyspę Skopolos na Morzu Egejskim. To ta gdzie krecono film Mamma Mia. Odpuszczamy dwa pierwsze południowe cyple Peloponezu ale upieram się i bronię trzeciego. Wiem, że jest tam Monemvasia, którą  za wszelka cenę chcę zobaczyć. Trochę intuicyjnie, gdyż  niewiele wiemy o niej, tylko, że skała jak mały Gibraltar, że twierdza . Chcę tam pojechać i koniec. 
 

 

Modyfikujemy trasę , do Momenvasiji około 150 km , tak palcem po mapie bułka z masłem. Po półgodzinie dojeżdżamy do Kalamaty słynnej z …długiego chleba .

 

 Folklor i śmieszne akcenty.

 
 
 

 

 
 

Na drogowskazie kierującym w prawo  Koroni 48 km , zawahałem się przez chwilę ale jednak kierunek Sparta. Mijamy deltę  jakiejś rzeki, w niej gaje oliwne , pomarańczowe . Jedynie  w takich miejscach coś może w tej krainie urosnąć . Droga prowadzi w góry, powoli pniemy się wyżej i wyżej . Na mapie to kawałek drogi, tu ogromne góry , szczyty bardzo daleko w górze . Zastanawiamy się którędy przecina je droga. W dole niesamowite widoki . Jeszcze chyba nie jechaliśmy tak piękną trasą . Wąwozy o nie wyobrażalnej głębokości , serpentyny jak skręcone nitki aż na samo dno.

 
 
 

W samym dołku Agios Ioannis . Do góry to samo , widać jakieś mikroskopijne pojedyncze drzewka na czubkach gór . Matko, jak to tam rośnie ? Jedziemy już ze dwadzieścia kilometrów a jakbyśmy byli w tym samym miejscu tylko wyżej . Niemożliwe żebyśmy wjechali aż na samą górę . W dali na zielonym tle widzimy małe białe wioski jakby wklejone w zieleń gór.
 

 


 Są po drugiej stronie tej wielkiej dziury pod nami. Po jakimś czasie o dziwo przejeżdżamy przez nie. Do szczytów coraz bliżej, kilometry lecą a my dalej w tym samym wąwozie . Piękna sprawa. Jesteśmy bardzo zaskoczeni i zadowoleni , że nas tu przyniosło. Jeszcze trochę i jesteśmy na samym czubku. Nad samymi szczytami chmury ale tylko tu, w pewnym momeńcie na szybie pokazał się deszcz. Całe kilkanaście ( żebym nie przesadził ) kropli 🙂

Tu już drzewa prawie nie rosną , Widać tylko te co je widzieliśmy z dołu , jest ich kilka gdyż resztę połamały wichury. Sterczą same kikuty, za to pięknie falują trawy dookoła .
 

 

Dopiero w tym miejscu droga wyrównuje i jakiś czas kręci się po samych wierzchołkach . Nie wiadomo kiedy zaczyna się taki sam zjazd na drugą stronę . I znowu setki zakrętów , przepaście , urwiska. Widoki zapierające dech w piersiach. Fantastyczne miejsce. W zeszłym roku jadąc wzdłuż morza z Koryntu do Patry widząc duże góry w wąwozami idącymi w ich głąb stwierdziłem , że dla pasjonata , który ma zdrowie i lubi łazić po takich dolinach to miejsce gdzie mógłby chodzić latami. Tu, przed Spartą mógłby chodzić całe życie.  Po jakimś czasie na horyzoncie , nawet niedaleko widać za górami jakby nieckę a w niej miasto. To Sparta ! Widać ja tuż,  tuż ale to jeszcze kawał drogi . Po drodze kolejne atrakcje.
 

 



  Wreszcie wyjeżdżamy na równinę , w niej miasto , ciągnie się ona ze 30 km aż do morza , aż się prosi o lotnisko i owszem jest. Po godzinach spędzonych jakby nie było w dziczy jesteśmy już mocno głodni. Iwonka marzy o Bakery . Ja nie rozważnie wspominam coś o spartańskich warunkach żartując , że w tym mieście to tylko suchary. Nieomal od razu trafiamy na piekarnię. Żona idzie po zakupy, ja zostaję . Wracając śmieje się , po co krakałeś , same suchary . Prorok J ???
 
 
 
Ruszamy dalej . Miła niespodzianka , droga do morza, wg mapy zwykła, okazuje się nowiutką autostradą . Nagle nad nami wojskowe odrzutowce , nie jakiś tam gruz, piękne Grippeny , trenują lądowania na pobliskim lotnisku. Robią kolejne koło i znów lądowanie. 
 

 




Zdziwiony jestem , że Iwonce się podoba, mnie też bo to jedna z moich pasji. Autostradą jedziemyaż do morza i kolejną żyzną  deltą  na pld. wschód . Z drugiej strony słońce zachodzące nad Gytheo . Za nim już nie daleko Vathia ale tam pojedziemy innym razem. Teraz już po pagórkach aż do Monemvasii. Mijamy kilka małych miasteczek
 

 

 i już po ciemku dojeżdżamy do celu. W dole oświetlone miasteczko, w dali na tle morza majaczy jakiś ogromny cień . Tam też się kierujemy. Bez problemu dojeżdżamy do fajnego mostu a raczej ładnie oświetlonej grobli,  łączącej wyspę z lądem . Przed nami wielka góra w morzu. Pod nią tuż za groblą na malutkim skrawku w miarę łagodnego zbocza kilka eleganckich restauracji . Droga biegnie dalej , z lewej strony góra, z prawej przepaść prosto do wody. Tak z pół metra od bocznej  linii . Do tego żadnej barierki czy innego zabezpieczenia. Po kilometrze dojeżdżamy do zamkowej bramy. Barbakan, że tak to nazwę , połączony z murami, z jednej sięgają wody , z drugiej zbocza góry. Wygląda nieźle.
 

 


 Parkingu zero, ciemno, przez całą drogę aż do samej grobli od strony góry stoją zaparkowane samochody. Kilku desperatów zaparkowało nawet od strony wody . Jakoś to wszystko jednak działa. Pomalutku , pomalutku i trafiam miejscówkę . Zostawiamy Maździę , aparat w garść i do bramy. Wchodzimy do środka a tam cudowne bizantyjskie miasteczko.

 
 
 
 
 Prawdziwa perełka. Szczęście , że przyjechaliśmy tu wieczorem , wspaniałe. Wąziutkie uliczki , bizantyjskie domy, wszystko jakby w miniaturze jak z bajki. Jak tekturowa dekoracja do filmu. 
 
 
 
 
 
 
Jedna cerkiew, druga, wieże , baszty . W uliczkach knajpki , kramiki , masa sklepików, straganów.
 
 

Kamienne schodki w górę, w dół. Wszystko cudnie oświetlone.
Z jednej strony ciemna góra, z drugiej czarne morze , księżyc i jego srebrna poświata na falach . W dali migoczące światełka gdzieś na lądzie. Już wiemy , że grzechem byłoby tu nie przyjechać . Kręcimy się po uliczkach oglądając stare pamiątki, grafiki , i inne tutejsze ciekawostki. Z wolna wracamy do samochodu. Rzut oka na bramę.
 

 

 
 Mamy dylemat, śpimy na campingu i wracamy tu jutro , czy idziemy na spacer do miasta i po kolacji wracamy do samochodu ( ? ) Wtedy zostanie nam do świtu tylko kilka godzin więc będziemy musieli jakoś się przemęczyć. Ma to jednak zaletę. Mamy w bardzo dobrym miejscu zaparkowany samochód , wszyscy w miasteczku będą bawili się do późnej nocy, więc miejsca pewnie się nie zwolnią, nie będzie gdzie zaparkować rano. Do tego będziemy tu pierwsi, wcześnie zaczniemy , wcześnie skończymy, czasu coraz mniej a Monemvasia to najdalej na południe wysunięty punkt naszej tegorocznej podróży. Jest już 28,08 prawie północ. Zostały nam trzy noce poza Monemvasiją w drodze do domu a jeszcze ile rzeczy przed nami …. plus Scopelos i Bułgaria. Klamka zapadła, idziemy piechota do miasteczka . Po drodze stacja benzynowa ale nie jakaś zwyczajna, trzyma klimat.
 

 

 

 

 

 
 
Po drodze stacja benzynowa ale nie jakaś zwyczajna, trzyma klimat.
 
 
 
 
 
 

 

 

 

 

 
 
 
Idziemy przez ładnie oświetloną groblę.
 
 
 
 
 
 
 
 Bierzemy kaskę z bankomatu , małe rozeznanie w terenie i lądujemy na Piwku w greckiej restauracji z wielkim telewizorem , to ukłon w stosunku do mnie ze strony Iwonki . , w knajpie ludzi full , w koncu to  liga mistrzów i gra Olympiakos z Malaga . Big Amstel dwa razy bitte J Wokoło nastroje kiepściutkie , sytuacja greckiej drużyny coraz trudniejsza , przegrywa 2-0 liczę na kontaktowa bramkę bardziej chcąc wziąć udział w radości greków i zobaczyć jak żywiołowo reaguja na bramkę niż obchodzi mnie sam wynik. Iwonka po kilku minutach i kilku łyczkach usypia mi na ramieniu . Ja oglądając meczyk z przyjemnością kończę swoją i jej działkę.  Po piwku idziemy na Gyrrosa . Przed knajpka siedzi Grek , starszy pan przygotowujący się do kolacji . Ma w sobie taką dziwną elegancję z ukrycia robię mu zdjęcie.
 

 

 
 
 
 
 
 
Po piwku idziemy na Gyrrosa . Przed knajpka siedzi Grek , starszy pan przygotowujący się do kolacji . Ma w sobie taką dziwną elegancję. Z ukrycia robię mu zdjęcie. 
 
 
 
 
 
W oczekiwaniu na papu właścicielka prezentuje nam okazałe kiście winogron. W życiu nie widzieliśmy większych. 
 

 

 

 

Krótki spacer, trochę zdjęć wzburzonego morza , kilka na grobli, wspominanej stacji benzynowej i z wolna wracamy do samochodu. O dziwo mimo, że już przed drugą nic się w zasadzie nie zwolniło. Do świtu ze trzy godziny. Wrzucamy na przednią szybę osłonę przeciwsłoneczną, ręcznik na boczną. Maździa tylne ma ciemne więc po chwili nas nie ma. Zresztą kto miałby tu po nocy zglądać ? Budzę się kwadrans przed świtem. Rzucam wszystko i lecę do naszego miasteczka na sam jego koniec zrobić kilka fotek wschodu słońca w tym uroczym miejscu. Rzucam na koniec jeszcze Iwonce , że zaraz wracam.


Wpadam do miasteczka i od razu niesamowite wrażenie . PUSTO. 
 
 

 

 

 
Mijam jakąś przedziwną maszynę, spychacz z miską czy coś takiego 🙂 w pierwszej chwili pomyślałem o śniegu ale pada tu pewnie ze trzy razy na sto lat. Prędzej służy do wożenia kamieni, kto wie ?
 
 
 
 
 
Biegnę pod górkę bo wschód tuż tuż .W ostatniej chwili docieram na miejsce.
 

 

 
 
 
Słońce wschodzi jak wszędzie ale tu w tle mury obronne i inne kształty w tle. Odwracam się i Monemvasia w pełnej krasie. Pomarańczowo  czerwona. 
 
 
 
 
 
 
 


Widok niesamowity.To co robi światło w tym kolorze ze starymi domami ich dachami z ceglanych dachówek na tle ogromnej wysokości góry w podobnym kolorze. 
 
Zadowolony wracam w stronę bramy, a tu z naprzeciwka pojawia się małżonka. Razem już zwiedzamy wszystko co widzieliśmy wieczorem tylko w innej scenerii .
 
 
 
 
I znowu sprawdza się stara prawda , że kto rano wstaje ten widzi Monenvasię bez straganów , pamiątek , chmary turystów. Jest taka prawdziwa , cicha. Jesteśmy pierwszymi turystami. Miasteczko budzi się powoli , pokazują się pierwsi gospodarze , sprzątający swoje włościa . Leją wodę , myją posadzki , podlewają kwiaty.
 
W górze nad miasteczkiem jest dalsza część zamku . To na dole to część mieszkalna, wysoko na skałach obronna , nie do zdobycia. Pionowa skała kilkadziesiąt jak nie kilkaset metrów wystająca bezpośrednio z wody. Na samej górze otoczona murami .Sam nie wiem po co ? Kto by tam chciał włazić ? Wczoraj po ciemaku nie było tego widać . Chodzimy po uliczkach , zaglądamy do cerkwi , mały ryneczek wszystko w promieniach wschodzącego słońca. Nie , no nie sadziłem J . Iwonka śmiało posuwa kamiennymi schodkami w górę. 
 

 

 


Więc jednak będziemy się wspinać . Z jednej strony nie chce mi się , z drugiej wyobrażam sobie widok na morze i Momenvasiję z góry . Krętymi kamiennymi schodkami, najpierw wśród kamieniczek później już między skałami posuwamy ostro w górę, trochę tylko zasapani, bez specjalnego wysiłku meldujemy się na górze . Trening robi swoje. Dwie twierdze dziennie i nie ma na nas mocnych.
 
Pierwszy rzut oka w dół i Dubrownik spada z pierwszego miejsca naszego rankingu najpiękniejszych miast tej części Europy.
 
 
 

 


 Jesteśmy na wielkiej górze , dookoła granatowe morze ze słońcem tuż nad nim. W dole Momenvasia , pełna domków , malutkich uliczek kopuł cerkwi , wszystko pokryte dachówką  do tego w promieniach porannego słońca . Odgrodzona między skałami , morzem i murami obronnymi od reszty świata. Perełka . Na górze zniszczone mury i baszty. 

 
 
 
 

 

 

W oddali na samym czubku duży kościół położony częściowo nad samą przepaścią .Niestety zamknięty.
 

 

 Kręcimy się jeszcze trochę , podziwiamy widoki. dookoła wyspy i pomału zaczynamy schodzić w dół . Po drodze w połowie wysokości góry , w pionowej ścianie dziura wymalowana na biało. Dojście półeczką szerokości może 40cm . w dół ze dwadzieścia metrów pionowej ściany, dziękuję , święty i tak już nie będę. 
 
 

 


Dochodzimy do głównej uliczki. Przy malutkim ryneczku w bardzo ładnej restauracja .Właścicielka szykuje się właśnie do otwarcia , siadamy.

 
Kawka , rogalik dla pani Iwonki, omlet dla pana Marka i o dziwo kawa , uznałem , że po tak krótkiej nocy dobrze mi zrobi. Nadal nie rozumiem co w tym jest . Kwaśne i gorzkie paskuctwo. Po wsypaniu czterech łyżeczek cukru smakuje o niebo lepiej.. Śniadanko w słońcu , w niemalże pustym miejscu . Miejscowe koty razem z nami przy stoliku. 
 


  Obok kilku Greków pije poranną kawę . Sielanka .
 
Pada magiczne stwierdzenie Iwonki – tutaj mogłabym pomieszkać .
Nie ma problemu,  w końcu miasteczka stoją puste domy do remontu, można je wynająć albo kupić, ciekawe za ile ?
 
 
 
Zaczyna się pierwsze krzątanie w sklepikach , starsze Greczynki idą na pierwszą mszę do pobliskiej cerkwi . Wchodzimy za nimi.
 Inny świat. Tu nikt się nigdy nigdzie nie śpieszy. 
 Schodzimy nad samo morze i spacerujemy po murach podziwiając panoramę tego pięknego miasteczka. Stad wygląda jeszcze inaczej.
 
 
 
 
Schodzimy nad samo morze i spacerujemy po murach podziwiając panoramę tego pięknego miasteczka. Stad wygląda jeszcze inaczej.
 
 
 
Za nami białe grzywy fal rozbijających się o skały i mury. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Kierujemy się do bramy, tylko inną drogą.
 
 
 
Teraz już naprawdę miasteczko budzi się , pojawiają się pierwsi ludzie.
 
 
                                                                                                                                                                         Jednak to my zobaczyliśmy Monemvasię bez straganów i tabunów ludzi. Jedziemy jeszcze na groblę
 
 
 Jedziemy jeszcze na groblę
 i do miasteczka po grafiki . Od lat kolekcjonujemy różnego rodzaju obrazki przedstawiające miejsca w których byliśmy. Jeszcze tylko poczta , kartki z pozdrowieniami i ruszamy dalej.
 
  W oddali zostawiamy skałę Momenvasii.  
Od tego momentu wracamy już do kraju.
 

 

Dalej część 7 Korynt Melnik

Comments are closed.