browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Briancon Francja 2013

Posted by on 17 lutego 2013
Francja 2013
Serre Chevalier
 












Briancon – styczeń 2013
 
 
 
Piątek
Już źle się zaczęło 🙂
Wiedząc że zbiórka jest o 11,00 podjechaliśmy taksówką o  10,30 . Okazało się , że pani pilot zamiast być pierwsza na placu stawiła się prawie ostatnia. Nie chodzi o to, że nie punktualnie ale nauczyciel też nie przychodzi na 8,00 do pracy tylko trochę wcześniej. To był przedsmak przygód , o których nam się nawet nie śniło. Pomijam nieomal półgodzinne stanie na mrozie , brak chęci wpuszczenia choćby tylko przemarzniętej żony do środka autokaru na czas oczekiwania na pilotkę. Bałagan przy pakowaniu bagaży, no bo przecież wszyscy zjawili się jednocześnie i wszyscy jednocześnie musieli wrzucić swoje graty do ładowni. Jak też kilka mniejszych drobiazgów, o których będzie później. Ruszyliśmy z pod Pałacu chyba nawet zgodnie z planem o 11,30. Autokar kierował się powoli w stronę autostrady do Poznania. Nie był jakiś beznadziejny ale też bez żadnych luksusów czy rewelacji . Ot siadasz , jedziesz , śpisz jak umiesz, siedzisz , siedzisz , siedzisz i tak bez końca. Żadnego internetu, zasilania do komputera , tableta czy Iphona. Przepraszam, było ale na 24 V ,  to tak jakby nie było. Mikrotoaleta  do wykorzystania w skrajnie awaryjnych sytuacjach, odtwarzacz dvd i koniec.
Pani pilot ( EWA ) , podniosła się i przedstawiając się oświadczyła , że jest z nami po to aby się nami w czasie podróży i pobytu opiekować . W połowie tylko wypełnionym autokarem  jechaliśmy po resztę grupy do Poznania zabierając jeszcze po drodze kilka osób z Łodzi. Miał się ktoś jeszcze dosiąść w Świecku ale co i jak nie pytaliśmy.
W każdym razie korzystaliśmy z tymczasowo wolnych miejsc poprawiając sobie nastroje , czym kto miał .
 Po dwóch godzinach dotarliśmy do Łodzi, po kolejnych kilku do Poznania. Na Shellu dosiadła się do nas reszta. Ruszyliśmy w kierunku Świecka. Najpierw tuż przed granicą postój w lichutkiej restauracji. Flaczki gastronomiczne ( takie ze słoika aż strach brał, co będzie dalej ? J) , ewentualnie cienki rosołek . Na drugie większość brała pierogi, pewnie przez sto lat mrożone ale w tych warunkach nawet niezłe. I jakieś typowe drugie dania , pożarski itp.  J.
Po obiadku , fuj J ruszyliśmy dalej.
Jakie było nasze zdziwienie gdy okazało się , że mamy po raz już trzeci zjechać z autostrady na jakąś stację benzynową po jedną rodzinę , a później na inną po drugą . Mało tego,  nie było ich i musieliśmy czekać . Wszyscy trochę wkurzeni  szczególnie Ci z Warszawy , którzy już mieli już za sobą prawie dziesięć godzin. Organizacja ( logistyka ) biura do dupy . Tak jakby tych ze Świecka nie można było  umówić  na jednej stacji, że już nie wspomnę o restauracji .  Mnie wkurzyło to podwójnie gdyż na tej zasadzie mogliśmy z żoną wsiąść do autokaru przy autostradzie blisko domu, a nie tłuc się samochodem  do mnie, do biura w Warszawie , a stamtąd taksówką za stówkę pod Pałac. Mało tego , straciliśmy trzy godziny, do tego marznąc pół jednej na mrozie. Wstaliśmy przed szóstą a można było o dziewiątej.
Wreszcie autokar ruszył w stronę Berlina. Po dziesięciu godzinach byliśmy wreszcie w Niemczech.
Niestety dla podróży , a z drugiej strony na szczęście dla pasażerów autokar ma narzucone rygory bezpieczeństwa. Jedzie więc równiutko ze stałą prędkością . Kierowcy mają ściśle określony czas jazdy i obowiązkowe przerwy. Nie mogą też przekraczać określonej prędkości. Kontroluje  to specjalne urządzenie do wglądu policji , dla niewtajemniczonych  – Tachometr . Po kilku godzinach za Berlinem nastąpiła zamiana kierowców. Dwóch kolejnych panów miało nas już dowieźć na samo miejsce. I tak też monotonnie mijały nam kolejne godziny podróży. Powolutku zaliczamy kolejne kilometry , mijamy Halle, Norymbergę, Karlsruhe i tu trochę posypało
Niby Niemcy, autostrada, a zima drogowców zaskoczyła 🙂
Część towarzystwa śpi , część  czyta , większość pociąga od czasu do czasu coś na poprawienie krążenia i nastroju.  W związku z tym coraz większej ilości osób wydaje się , że postoje są zdecydowanie za rzadko.  Nerwowo zrobiło się szczególnie po tym jak na postój zatrzymaliśmy się dopiero po pięciu godzinach gdy wszyscy już po trzeciej liczyli minuty, pośpieszając w myślach zegar zainstalowany w autokarze. Pod koniec Niemiec nie dałem rady, a raczej mój kręgosłup. Walnąłem się tak po prostu między fotelami i tak na bardzo twardej podłodze, za to z wyprostowanymi nogami i odciążonymi pleckami, złorzecząc pod nosem co myślę o podróżach autokarem, dojechałem do o świcie do  Szwajcarii. Znów stacja. Brudni , spoceni , wykończeni ,  ruszamy do kawowego barku . W nim na śniadanie bierzemy kawkę herbatkę i dwa serniki . Ku naszemu zaskoczeniu sernik jest ciepłą  tartą zapiekaną z pysznym serkiem. Miodzio .. 🙂 Przed południem wjechaliśmy do Francji. Po pierwszej dojechaliśmy wreszcie do magicznej miejscowości , w której miał być  jakiś super sklep, w którym to wszystkie wycieczki się po drodze zatrzymują i robią zakupy. Sklep , zwykły mały osiedlowy Carrefour. 



Towaru co kot napłakał , zresztą byle jakiego. Nie wiem na co mieliśmy się tam rzucać . Wszystko w Polsce jest , często lepsze i tańsze.

Kryształów już się nie wozi, kożuchów i złota też nie . Papierosy,  alkohol , wszystko u nas jest i to wiele tańsze . Żeby jeszcze jakieś bezcłowe ceny ale nie .


Pani Ewa coś tam wtrąciła , żeby kupować żarcie bo później już nic nie będzie. Jak to nic pomyśleliśmy z żoną . Przecież to Francja, jedziemy do kurortu  znanego  w całej Europie. Inni robili zakupów całe bagażniki więc …



kupiliśmy jakieś paskudne bagietki , świetne pleśniaki , kilka napojów i do autokaru. Po jakimś czasie wylądowaliśmy na parkingu w Orelle, tuż przed okropnymi , ni to pensjonatami,  ni hotelami . Nędza.



 Na szczęście tam pozostała i została zakwaterowana tylko część grupy. Nas czekała podróż dalej , podobno  kawałek busem do Briancon. W wersji oficjalnej autokar miał nas zawieźć na samo miejsce ale co było robić ? Po półgodzinnym postoju przed rozklekotanym busem czekaliśmy na wcześniej obiecaną przez Panią Ewę opiekę  jak to  sama nazwała. 


Niestety, pani już się więcej nie pojawiła. Przejął nas młody , miły chłopak , który miał nas tym pudłem przewieźć do Briancon. Zapakował nas jak śledzie do tego Transita, wpakował bagaże jakimś cudem . To nic, że z kolegą siedzieliśmy z przodu we dwóch zawaleni podręcznym bagażem , a nogi zdrętwiały mi już po kilku minutach.




To nic, że moja żona siedziała we trójkę na środkowej kanapie ( ha , ha ) trzymając całą drogę dwie pary nart na ramieniu i różne torby i plecaki pod nogami.








 To nic , że koledzy , same duże chłopy siedzieli obok niej jak trusie mając również pod nogami co się dało i nie weszło do bagażnika.


To nic bo ………  bo dopiero teraz zaczęła się przygoda, która ominęła resztę tej wycieczki.
Okazało się , że do Briancon jest tylko kawałek , bagatela 60 km . Z tego połowa po bardzo stromych serpentynach , część  trzynastokilometrowym płatnym tunelem . Ruszyliśmy koło drugiej . Transit ledwo zipał mając nas wszystkich  z bagażami na pokładzie.  Najpierw jako tako turlał się autostradą , później wspomnianym tunelem po wyjeździe z którego kolega kierowca stracił orientację i zaczęliśmy się błąkać .
 Mapy nie miał żadnej ale dostał na drogę nawigację , szkoda, że nie umiał jej włączyć.
Po jakimś czasie jeżdżenia  po ciemaku „na czuja” , będąc już dawno we Włoszech,  poprosiłem grzecznie żeby się zatrzymał na małej , zresztą jedynej w środku gór  małej stacyjce benzynowej.  Pani  dała nadzieję mówiąc , że jeszcze dwa kilometry do ronda i dalej w prawo do Briancon …. Ale że potrzebne będą łańcuchy.
Tylko częściowo zadowolony wróciłem do busa.  Ruszyliśmy dalej , rondo , w prawo i lekko pod górę . Ciemno całkiem , śnieg sypie jak szalony,  po prawej wszyscy kierowcy zakładają  łańcuchy. Dookoła zamieć. Ten trasy nie zna , wycieraczki ledwo chodzą , szyba zaparowana , dmuchawa ledwo dycha .
A on „ spokojnie,  przejedziemy ” .  Nie daliśmy sobie szansy zginąć i siedząc obok niego stanowczo kazałem mu się zatrzymać . Gość chcąc nie chcąc musiał się posłuchać. Zamieć wokoło.  Pytamy gdzie ma łańcuchy , a on, że w bagażniku . Bardzo śmieszne , trzeba było wszystko wyjąć , żeby dowiedzieć się , że łańcuchy owszem są , tyle , że porwane     MASAKRA !!!  Powiedziałem mu , że dalej absolutnie nie pojedziemy , przynajmniej ja z żoną. Prędzej weźmiemy taksówkę , fakturę i przedstawimy ją później w biurze do rozliczenia.
Po krótkiej ale ostrej wymianie zdań , wyjawiając swoje ukryte dotąd spostrzeżenia na temat biura podróży , rezydentki , jej kompetencji, logistyki , warunków jakie nam zapewniono i nieciekawego pochodzenia matek wszystkich tych, którzy za ten stan odpowiadali J ustaliliśmy , że trzeba wrócić na wcześniejszą stację benzynową .  Wydawało mi się to jedynym wyjściem , gdyż był tam , prąd , było widno , paliwo którego kolega też już prawie nie miał. No i ludzie , którzy mogli w razie czego pomóc. No i łazienka co po trzydziestu kilku godzinach w trasie miało ogromne znaczenie.
Mieliśmy cztery  możliwości : taksówki , kupienie nowych łańcuchów, naleganie żeby przyjechał po nas  autokar, można tez było usiąść i płakać  i tak pewnie skończyłoby się w innych przypadkach.
Kolega kierowca dzwonił  w kółko do kogoś , chyba Pani Ewy i pytał co ma w tej sytuacji robić ? Zresztą sam był w strachu. Poszedłem podładować  iphona , żeby mieć jakieś możliwości typu mapy , intrnet itp. bo przecież po 30h ledwo dychał. Podpytałem panią o łańcuchy . W tym momencie wszedł kolega i stwierdził , że nasz dzielny kierowca znalazł drugie łańcuchy. No pięknie J niestety nie potrafił ich założyć. Na szczęście wśród nas był taki co potrafił i pojechaliśmy dalej. Gubiliśmy po drodze bagaże bo  tylne drzwi od tego trupa się nie zamykały. Wjechaliśmy wśród zamieci w góry . Po jakichś dwustu metrach od miejsca , w którym  zdecydowaliśmy się zawrócić zaczęły się pojawiać pierwsze samochody uziemione z powodu braku łańcuchów , a było jeszcze w miarę płasko. Pomalutku strofując nieco przerażonego kierowcę posuwaliśmy się do przodu. Po kilkuset metrach jeszcze przed ostrymi podjazdami widząc jak kolega radzi sobie w tych warunkach zadałem pytanie czy jeździł już wcześniej po takich górach ? , a on , że Nie !!! Pytam czy jeździł wcześniej na łańcuchach ? a on , że nie , że to pierwszy raz. Ludzie !!!  Dom wariatów. Nasz rozklekotany busik jakimś cudem posuwał się coraz wyżej i wyżej , czasem na jedynce ale jechał . Z przerażeniem myślałem co będzie w dół i słusznie się obawiałem . Nasz dzielny kierowca  coraz lepiej sobie poczynał co mogło się skończyć zerwaniem kolejnych łańcuchów. Razem z kolegą skutecznie go powstrzymywaliśmy przed nadmierną brawurą , opowiadając mu krwawe historie z wypadków tego rodzaju, których  sporo było przez ostatnie lata i to z udziałem Polaków. Stanowczo powiedziałem , że nie chciałbym aby następnego dnia w wiadomościach pół europy usłyszało , że znów spieprzył się jakiś bus czy autokar w przepaść i tylu a tylu Polaków zginęło w tym MY . Dzięki.
Po drodze na jakiejś przełęczy minęliśmy zaparkowane potężne aczkolwiek niskie wojskowe pojazdy pograniczników. Na gąsienicach , podwójne , z przyczepą czy czymś takim również na gąsienicach. Część z nich wyposażona w pługi śnieżne . Widać gołym okiem , że to wielka siła. Po pewnym czasie dojechaliśmy do Briancon . Niestety kolega nie wiedział gdzie jest nasz hotel ale wspólnymi siłami udało się nam zaparkować pod AIGLE BLUE.        UFF !!!     Była ósma wieczorem  . BRAWO     33 GODZINY  !!!! z czego sześć w tym  zasr….. busie.
Ale to jeszcze nie koniec . Apartament  jak odważnie nazywano nasz pokój , miał tak jak w założeniu dwa pokoje. Ja z małżonka w jednym , naszych dwóch kolegów w drugim . Obydwaj wysocy , stare konie , a tu łóżko …………..piętrowe. No śmiech na sali . Cud , że nie wszyscy się jeszcze zjechali , dzięki temu  udało nam się pokoje zamienić. Kolejna niespodzianka ale to już chyba zasługa naszych znajomych . Ktoś, a raczej wszyscy zapomnieli  nam powiedzieć , że do tego super hotelu trzeba wziąć swoją pościel. Pościel dostaliśmy  ale za dychę . Po 33 h człowiek jest tak wykończony i naładowany złością, że przysięgaliśmy sobie , że Francja ostatni raz, że beznadzieja itp.  I to wszystko była prawda , tak się wtedy czuliśmy i tylko w części później zmieniliśmy zdanie.
Po pewnym czasie spojrzeliśmy z żoną na to inaczej i trochę się nam poprawiło ale tylko jeśli chodzi o warunki pobytowe. Okazało się , że to nie jest słaby Hotel tylko bardzo dobry Hostel.
Okazało się też , że mimo zapewnień ze strony reszty znajomych, że żarcia nie bierzemy bo jest aneks kuchenny i wszystko spokojnie będziemy sobie tu na miejscu przygotowywać. Że chłopcy J a jakże będą sobie gotować. Że walizki wraz z butami nie mogą ważyć więcej niż 20 kg. Dzięki temu byliśmy jedynymi którzy naiwnie niczego ze sobą nie wzięli . Za to koledzy  szybciutko zapełnili całą lodówkę i tyle. J Może to i lepiej , bo gdybyśmy coś mieli to zapewne spora Część  tych ich worków z kotletami wylądowałaby w po paru dniach w koszu , albo w najlepszym przypadku  na tarasie gdyż dysponowaliśmy takim i to wielkim.
 Ale nie jest to miejsce na opisywanie społecznych i  rodzinnych stosunków, i takich rzeczy. Więc……..

Mieszkanko nasze na pierwszym piętrze , winda blisko , każda dwójka ma swoją sypialnię , do tego łazienka , ubikacja, osobny pokój z kuchnią , lodówką , telewizorem i wyjściem na wielki taras.
Rano wyszedłem po świeże bułeczki lub wspaniałe francuskie rogaliki ( na takie mocno liczyliśmy , w końcu to Francja ). Niestety w bezpośrednim pobliżu hotelu były tylko i wyłącznie sklepy sportowe i biura podróży czy coś w tym guście. Wróciłem mocno rozczarowany. Zjedliśmy cokolwiek,  jakiś tragiczny stary chleb tostowy i zaczęliśmy się szykować . Część  towarzystwa mocno narwana z rana już chciała ruszyć na narty, a tu gondolka dopiero od dziewiątej. Tak naprawdę więcej się już na stokach przez te kilka dni zupełnie nie widzieliśmy. Koledzy z pokoju też na nas nie zaczekali , więc z żoną spokojnie bez pośpiechu , potuptaliśmy do gondolowej kolejki linowej.




To nasz hotel.

Poniżej ruchome schody do gondolki, to na różowo.




 Ta , położona od naszego hotelu nie dalej niż 30 metrów , wyposażona w ruchome schody co znacznie ułatwiało poruszanie się ze sprzętem w butach narciarskich, zawiozła nas prawie na sam szczyt  Le Prorel.





W połowie drogi stacja pośrednia wraz z zajezdnią dla wagoników , że tak to nazwę . Na szczęście nie trzeba było się przesiadać , żeby pojechać dalej. 


Z gondolki ładny widok na ośnieżone Briancon i jakieś fortyfikacje wokół miasteczka.







W dole stacja początkowa gondolki i nasz hotel po prawej stronie.







Trochę wyżej i Briancon pod chmurami



Po 20 minutach jesteśmy na górze , tuż pod le Prorel.






          Stacja końcowa gondolki .








Rzut oka w dół, cała dolina Chevalier pod chmurami ale widok , no,no 

Pogoda byle jaka , chmury , wieje, śniegu „po pachy” bo przecież non stop padało. Co prawda z czasem się przetarło, w górze niebiesko ale …
 


Mieliśmy mieszane uczucia , no i jeszcze nie zeszła z nas złość wywołana podróżą.  Najpierw  prosty stok wzdłuż krótkiego orczyka , później kolejny .
Warunki śniegowe paskudne , przynajmniej dla słabiej jeżdżących, a do takich zalicza się koleżanka małżonka. Nie , żeby  w ogóle ale na pewno jeździ  bez brawury.  J  Śnieg po kolana , stoki  ratraka nie widziały.  Buty na początku nieułożone do nogi, cierpienie J  Po pewnym czasie ….. butki jednak odpuściły i już spokojnie mogliśmy jechać w dal. Widoki coraz ładniejsze do tego pokazało się słońce.
Po pewnym czasie ….. udało mi się namówić na jazdę w dalsze, nieco trudniejsze miejsca . Dzień zleciał na poznawaniu okolicy , tras , wyciągów. 
Nie było łatwo , niektóre trasy bardzo trudne do przejechania , szczególnie te poniżej granicy lasu. Jak na pierwszy raz dla Iwonki było aż nadto. Nogi nie przyzwyczajone do takich obciążeń dawały pomału znać o sobie. Przejechaliśmy się jeszcze najbliższą nam kanapką
 


 i wróciliśmy do hotelu. Byliśmy mocno zmęczeni i rozczarowani  tymi niby naj, naj , stokami. Zastanawialiśmy się czy ktoś przeleci wieczorem te stoki ratrakami ale bez specjalnej wiary bo nie zanosiło się na to. 


Po kąpielach , zjedzeniu czegokolwiek , ruszyliśmy szukać jakichś sklepów. Najpierw natknęliśmy się na specyficzną do tego działającą stację benzynową .

Widywaliśmy już wcześniej takie w Paryżu ale były w dużo lepszym stanie. Folklor na całego.
Zupełnie niedaleko znajdował się Carrefour, mały bo mały ale na nasze potrzeby w sam raz. Do tego wszystko w nim było.  Poza tym że miał obrzydliwe pieczywo. Nawet bagietki , które pan wywoził i wystawiał świeże na półki przypominały miękkością kij od szczotki. Był tam jeszcze jakiś miękki chlebek  ……  ale chyba z trocin bo po kilku pajdkach poddałem się i nawet na głodnego nie dałem mu rady.

Kolejnego dnia postanowiliśmy z Iwonką , że ona sobie potrenuje tego dnia na Prorel a ja pojadę gdzieś z kolegami, żeby sobie poszaleć . Niestety …  … o tym nie będę się rozpisywał  🙂 Ostatecznie pojeździłem trochę z Iwonka na Chevalier, a później razie zupełnie sam pojechałem objechać wszystko , gdzie tylko oczy poniosą i wyciągi zawiozą.

Najpierw jednak wjazd gondolką , przed nami maluchy. Ślicznie wyglądają.

 

SONY DSC

Nikt tu się z maluchami nie pieści. Podnoszą się same, na schodkach i później na stokach. Żadnego pomagania mamusi czy babci. W końcu to góry.
 

 Przed nami wjazd na pośrednia stację, wszystko w chmurach.




Ruszamy do góry, za nami Briancon przykryte chmura

Na górze słoneczko
.
 , przy wszystkich trasach białe konstrukcje , w środku, plansze, mapki, opisy. To ścieżka edukacyjna dla dzieci . 
 
 
 

Ruszamy na Chevalier, tam idealne stoki dla Iwonki.  W sam raz .

 

Jak widać taka bułka z masłem. Rekreacja.

Na zjeździe z Prorel ładne miejsce , widok na Chevalier, staw , domki , nawet jakaś wioska wigwamów czy coś takiego.



Iwonka sama wróciła na Prorel, ja pojechałem dalej . Tego dnia objechałem  lekko  trzy czwarte wszystkich głównych tras.

Świetnie było na Clot Gauthiere

Poniosło mnie jeszcze aż pod szczyt Cucumelle na górna stacyjkę Le Vallons ale dalej sie nie pchałem.

Miałem nawet moment zawahania czy zdążę wrócić na Prorel gdyż tylko stamtąd mogłem wrócić na nartach bezpośrednio do hotelu. Powiem więcej , ruszyłem bez mapki wierząc w swoją świetną orientację w terenie. Okazało się , że im dalej od naszego szczytu tym trasy mniej widoczne z daleka , giną wraz z wyciągami gdzieś w dole , w lesie. I można się pomylić , tym bardziej jak nie było już czasu na eksperymenty. Tak też zostałem zaskoczony gdy trasa do jedynego wyciągu , którym mogłem wrócić na swoje śmieci była po prostu zamknięta znakiem zakazu i zasypana śniegiem po pas. Co było robić . Ruszyłem w dół mimo zakazu.

 Śnieg i ubaw po pachy 🙂 Muldy do łydek przysypane na równo śniegiem . Nie wiadomo co pod spodem. Nie było łatwo ale bez upadku zjechałem te 200-300 m . Na dole byłem wykończony. Wsiadłem na krzesełko i pojechałem do góry z nadzieją , że teraz to już tylko dół i jeszcze raz krzesełkiem do góry i będę na Serre Chevalier czyli w połowie drogi do domu. Ależ skąd . Ta niebieska pierdoła pamiętała chyba De Gaulle’a , twarda , niewygodna, najpierw przywaliła mi mocno w łydki, później wcisnęła się rurkami w plecy.

 


 Do tego zamiast zawieźć mnie na samą górę, wywaliła gdzieś w połowie i musiałem ponad 1200 m pomykać orczykiem , co źle wpływa na mój zbolały kręgosłup.

Dopiero stamtąd dojechałem do wyciągu , który zawiózł mnie na Chevalier.



 A to dopiero połowa drogi do domu. Po paru zjazdach ruszyłem na  Prorel  szukać żony.  Na trasach Prorel  w przeciwieństwie do całej niemal  reszty  strasznie wiało i było zimno. 

 Już wjeżdżając na górę zastanawiałem się czy Iwonka  jest tam jeszcze , czy zjechała do hotelu , czy może siedzi w którejś  z restauracji ? Istniała minimalna szansa , że w tym czasie mogła zjechać z kimś z naszych na Chevalier do knajpy. Zjechałem z powrotem . Rozejrzałem po okolicy i restauracjach, i nic . Szansa nie była minimalna , była żadna , koledzy zawiedli.  Wróciłem na Prorel.  Stąd już tylko na dół kilka kilometrów wąska nartostradą ( w lecie pewnie zwykłą drogą ) na sam dół do hotelu lub do stacji przesiadkowej gondolki . Trasa piękna widokowo . Zachodzące słońce, ośnieżone szczyty i doliny .
W górze zasypana kapliczka a raczej kościółek, goście na spadochronach .

Wspaniały widok na oświetlone z boku Briancon , położone poniżej daleko w dole . Oświetlone przez słońce kamieniczki Starego Miasta i cytadeli . Wszystko widać jak na dłoni .

Teraz dopiero widać cytadelę i okoliczne forty pilnujące przejścia przez Briancon , miejsca gdzie spotyka się pięć dolin 
W hotelu wszyscy już byli . Ogarnęliśmy się trochę i ruszyliśmy w miasteczko zobaczyć co gdzie i jak. Zupełnie niedaleko znaleźliśmy prawdziwą francuską piekarnię. O to chodziło.



Wszystko pachnące i smaczne , Bułeczki , rogaliki , paszteciki , doskonałe długie paluchy i pachnący chlebek w wielu odmianach. Nareszcie !!!  Wreszcie zjedliśmy pyszną kolację.


Wtorek
Ruszamy na stoki, jedziemy oczywiście we dwoje . No cóż 🙂 Zabieram Iwonkę na daleka trasę , wszystko wyratrakowane , jest fajnie. O dziwo Iwonka doskonale  daje sobie  w takich warunkach radę . Może trochę powoli zjeżdża i co chwilę się zatrzymuje czym momentami doprowadza mnie do rozpaczy ale wciąż bez problemu posuwa się do przodu. Po kilku kilometrach dochodzę do wniosku , że dalej też sobie poradzi i jedziemy do tego miejsca gdzie byłem dzień wcześniej a nawet dalej. Przed nami kilka wjazdów i zjazdów na Chevalier , żeby dostać się na dół , później na La Foret i znowu na dół do  krzesełka na Clot Gauthier.  200 m przed wyciągiem zostawiam panią samą i śmigam na dół . 



Nie odwracając się przyglądam się mapie zamieszczonej przed wyciągiem. Iwonki nie widać . Już dawno powinna tu być, myślę sobie, w ostatniej chwili spoglądam w dół a tam jakieś kolejne dwieście metrów ode mnie już za ostatni zakręt chowa się różowa kurtka . Głowy nie dam ale jadę . Jakieś 150 m za wspomnianym zakrętem niespodzianka. Rozjazd . Po prawej wyciąg ( jedyny z tej strony na Chevalier ) ,a w lewo wąska nartostrada gdzieś na dół . Pytanie, wraca na górę czy ??? 

Ryzykuję , jadę na dół .  Ryzyko spore . Jeśli się teraz  nie znajdziemy to zapewne później tym bardziej.
Zjeżdżam niżej i proszę jest , śmiga na dół aż miło. Do tego przypadkiem odkryła skrót do wyciągu na Le Vallons. 


 Dzień wcześniej żeby tu dojechać musiałem wjechać najpierw na Clot Gauthier i dopiero stamtąd tu.



 Naprawdę kawał drogi.  Razem dojeżdżamy do wyciągu. Ciśnienie wzrosło 🙂 zostawiam Iwonkę i zasuwam w samych butach ze 100 m w górę do knajpy. Łazienka , piwko i wracam żwawo na dół. Wsiadamy na kanapkę i po chwili słyszymy jak wołają nas koledzy z dołu . Mimo , że wyjechali dużo wcześniej to dopiero teraz tu dojechali . Jak nic jechali tak jak ja wczoraj. Pojechali jednak na dół . Ja zdecydowanie wolę stoki wysoko na szczytach niż płaskie leśne dróżki , więc  już się później nie widzieliśmy. Po drodze na Le Vallons przepiękne widoki , wspaniałe stoki .














 Dużo miejsca do jeżdżenia poza trasami . Zsiadamy z krzesełek , za nami panorama doliny Serre Chevalier .










 Z przodu wreszcie widać w miarę normalnie góry .





 Po prawej szczyt Cucumelle 









i cudny widok na dolinę w dole. Nie tknięty śnieg , wysokie szczyty 


 



i kuszący Yret.



 Zjeżdżamy poniżej Cucumelle, widok wspaniały ale o tym później.






  Trasa do Monteir  łatwa . Wręcz płaska .





 Robimy małe rozeznanie . Spogladam na Yret .





 Iwonka jednym spojrzeniem daje mi znać , że już nie dzisiaj. Z żalem rezygnuję ale nie narzekam i tak dała z siebie wszystko dojeżdżając aż tu .  Przyjedziemy tu jutro, sama proponuje. Sprawdzamy co gdzie i jak, i  Echaiudą do przełęczy gdzie już w dole widać stromy wyciąg Cucumellena – Le Vallons.




 Wracamy , słoneczko w  twarz , bardzo przyjemnie.






 Jeszcze raz w dół , raz ostro w górę i z Vallons 




 kawał zjazdu na sam dół doliny do wioski de Frejus . Tam knajpka o dumnej nazwie  Chalet Hotel Le Pi – Mai  w której już wcześniej byłem .



 Tak naprawdę to normalna góralska drewniana chata jak w Zakopanem tyle , że ze sporą restauracją i co najważniejsze z toaletą 🙂



Dzwonię do kolegów , okazuje się , że są blisko nas w gondolce , która kończy przy nielubianym przeze mnie wyciągu. Umawiamy się na zupkę w knajpce Grand Alpe .Wypijam kolejne piwko , toaleta i ruszamy dalej. Z niepokojem myślę o tym trzystumetrowym zjeździe w śniegu po pachy , którym zjeżdżałem wcześniej. 



Martwię się bo Iwonka nie ma tam żadnych szans , nie zakręci w takim śniegu i na takich muldach,


 a dalej droga prowadzi już tylko do wioski Villeneuve.  Jest stamtąd wspomniana wcześniej gondolka do miejsca gdzie chcemy się dostać ale mamy już mało czasu na powrót i możemy nie zdążyć na Prorel. Ni z tego ni z owego Pani nagle sama rusza i zjeżdża sobie do wyciągu. Myślę , no ładnie, znów trzeba będzie powtórzyć wszystko od nowa , a pani sobie po prostu go omija  i jedzie gdzieś dalej.



 Ruszyłem za nią. Przyznam , że nie zauważyłem tego zjazdu, przyznam też że ani specjalnie nie studiowałem mapy , ani jej nie miałem przy sobie. Po kilkuset metrach , pokonaniu wyślizganego , mocno stromego szlaku Iwonce udało się zjechać do tego nieszczęsnego , niebieskiego ale jedynego wiozącego w stronę domu wyciągu. Po pokonaniu przez małżonkę tego odcinka byłem dla niej pełen uznania. Nie dosyć , że zjechała trasa omijająca `ten bardzo trudny odcinek to jeszcze poradziła sobie na oblodzonych stromiznach, i nie darła się na mnie 🙂 w panice. No, no . Jutro powalczymy, pomyślałem. Wzdłuż tej trasy w oddali na tle zielonych wzgórz biegła linia malutkiej  gondolki.



 Wagoniki jak małe żółte kropelki przesuwały się miejscami zupełnie w poziomie jakby była to trasa widokowa.



 Wyciąg Terassa o czym się już wcześniej przekonałem , dał nam od razu po nogach a później wciągnął do połowy góry gdzie już czekał tak nielubiany przeze mnie orczyk. Co było robić ? Jęczałem po drodze ale za to słonko świeciło pięknie, co prawda prosto w oczy ale widoki na górze były wspaniałe. Znowu długi zjazd do dolnego krzesełka  Cote Chevalier  i na górę. 




Ale tu, to już jak u siebie. Koszmarny kawałek miedzy górnymi stacyjkami , który trzeba było pokonywać po płaskim, co dla mnie było istnym koszmarem. Waga robi swoje 🙂 Kląłem na czym świat stoi tego projektanta , któremu  zabrakło wyobraźni, żeby zakończyć wyciąg  15 m wyżej. Po drodze mijamy górną stacyjkę La Foret  i Combes.



 Dalej już łatwiutkim zjazdem  prosto  do znanej już nam knajpki Grand Alpi. W środku oczywiście nikt na nas nie czeka . Zdziwiony trochę jestem gdyż w pewnym momencie na pewno jechaliśmy jednym wyciągiem jednocześnie, no ale cóż , pozostawię to bez komentarza 🙂  Kolejny raz zamawiamy pyszna serową zupkę , z tartym świetnie rozpuszczającym się serem i grzankami. Porcja wydaje się niewielka ale zupka a po chwili to już krem , świetnie zapycha.



 Popijamy piwkiem i zjeżdżamy do kanapki , jedynej drogi na Le Prorel.


 Stamtąd ostatni  zjazd do stacji przesiadkowej  naszej gondolki i nią samą już prosto do domku. Po drodze znów piękny widok na miasteczko i fortyfikacje. Co prawda gondolka czynna do 16.10 ale mimo iż jest dwadzieścia minut później zwozi jeszcze maruderów. Nasi koledzy już wykąpani. Ten wieczór spędziliśmy grzecznie w domu.

Środa .
Pospałem trochę .Wyglądam przez okno, pogoda fatalna . Szaro, pochmurno , sypie lekki śnieg. Iwonka juz po piekarni , śniadanko gotowe. Pycha. Świeże pieczywo , kanapeczki z francuskimi pleśniakami , jajecznica na boczku, marzenie. Zbieramy się na narty. Po półgodzinie jesteśmy na górze. Są też nasi koledzy. Widzą nas ale bez słowa odjeżdżają , można się przyzwyczaić. Zapinamy buty i na dół.  Pogoda nadal paskudna , mocno sypie śnieg, szaro , nie widać ani śniegu na stoku ani nierówności. Koszmarnie wieje. 



Do tego mój osobisty serwisant tak mi zapiął buty , że po kilkunastu sekundach zacząłem przeklinać . Po kilkudziesięciu metrach byłem gotowy krzyczeć , a po kilkuset kolejnych , sam rzuciłem się na śnieg i darłem się .  ODPINAJ NATYCHMIAST !!!!.  W odpiętych butach dało się jakoś  jechać , Nie wiem co się stało, przecież już jeżdżę w nich siódmy sezon. Po pewnym czasie doszliśmy do wniosku , że przyjechaliśmy tu przyjemnie spędzać czas a tego co się działo tego dnia nie można do tego absolutnie zaliczyć . Zgodnie, bez żalu podjęliśmy decyzję o powrocie i spokojnie wróciliśmy do domu.  Zresztą to już taka nasza świecka tradycja , że zwykle w środy na zimowych urlopach odpuszczamy narty i zwiedzamy okolicę . Pogoda tylko pomogła w decyzji. Postanowiliśmy zwiedzić Stare Miasto i pojechać do rzymskich term do Le Monetier,  czwartej kolejnej wioski w naszej dolinie.


 Po przebraniu się ruszyliśmy na starówkę . Mijając po drodze różne ładne domy szliśmy ulicą cały czas pod górę aż do podnóża starego miasta otoczonego ogromnymi murami obronnymi. 





Byłem pewien , że to moja ostatnia droga . O ile latem mogę zasuwać po górkach aż miło, to tu umierałem z wycieńczenia. W oddali z za murów widać  było katedrę o dwóch wieżach i piękne kolorowe kamieniczki. Wyjątkowo wąskie za to dosyć wysokie.








 Nad całym starym miastem górowała forteca z pomnikiem  jakiejś kobiety, pewnie Joanny albo jakieś Marsylianki.

 
 
 
 

 Jakiś francuski  esteta wpakował na samej górze tuż obok pomnika wielka antenę radiową,  czym skutecznie oszpecił panoramę miasteczka. Jakby nie mógł tego postawić na dowolnej górze czy którymś ze szczytów.  Starego miasta broniły bardzo solidne wysokie wielokondygnacyjne mury.



 W nich kilka bram wjazdowych. Przed każdą przepaść , przykryta dechami, wcześniej na pewno podnoszony most czy kładka.



Po tych dechach spokojnie wjeżdżały samochody , nawet ciężkie. Przed samym wejściem usytuowany pomnik  mieszkańców Briancon i okolicy poległych za Francję na wszystkich frontach obu wojen z Afryką i koloniami włącznie.



 Wchodzimy na starówkę zwaną  Cite Vauban. Nazwa ta wywodzi się od Sebastiana Vaubana, żyjącego w XVII wieku inżyniera wojskowego, architekta i marszałka Francji. Specjalizował się on w projektowaniu miast-twierdz, które zwykle budował na planie wieloramiennych gwiazd. Starówka jest na liście UNESCO. Wspinamy się po uliczkach, kamieniczki wspaniałe , kolorowe, odróżniające się okiennice i balkony.



 Wszystko jakieś miniaturowe. Niewiele tu miejsca, zabudowane wszystko ze ściskiem. Nad nami katedra. Ruszamy w jej kierunku. Po drodze piękny ryneczek . Studnia .



 Na ścianach posesji słoneczne zegary , zresztą wszędzie ich tu pełno. 




Pod każdą z kamieniczek jeden lub dwa małe sklepiki , niestety w większości zamknięte. Wchodzimy do jednego z pamiątkami. Przed nim wita nas setka a może więcej gwiżdżących świstaków . Jak na bazarku pod Gubałówką. Można zgłupieć , śmiejemy się i wchodzimy. W środku „Bonjour” odzywa się gdzieś z za setek pierdół i uśmiechnięty Francuzik. Szukamy małych , głównie czarno białych grafik z widokami zwiedzanych miasteczek . Kolekcjonujemy je od dawna wraz ze wszelkiego rodzaju dzwonkami,  zwożąc je z prawie każdego miejsca , gdzie nas w życiu poniosło. Kupujemy kilka pocztówek i idziemy dalej główną uliczką starówki.

 


 Po bokach kolejne śliczne kamieniczki , część  z nich z wejściami mocno poniżej poziomu  stromej uliczki.



 Samym jej środkiem , wzdłuż całej jej długości biegnie czyściutki rynsztok. Nim w dół wartko spływa krystaliczna woda ze stopionego śniegu .




 Aż boje się pomyśleć jak to musiało wyglądać latem przed kilkuset laty . Fuj !!! Ale dzisiaj to co innego. Natrafiamy na kilka starodawnych ale działających studni.





  Znajdujemy sklepik z dzwonkami  i  innymi drobiazgami. Wchodzimy do środka . Okazuje się , że jest tu cała masa ciekawych staroci , pamiątek itp. Taki prawdziwy cukiereczek , 


Mamy wrażenie , że wszystko tu włoskie ale możemy się mylić . W końcu Italia 10 km stąd . Do tego kawiarnia , ścianka z winami, sery, suszone wędliny i taka też szynka. Kilka smaków soli o różnych kolorach smakach i zapachach.


 Cała masa włoskich bardzo kolorowych makaronów. 






Słodycze , mydełka , porcelana. Czego tu nie ma. Z wejścia kupiliśmy wielki krowi alpejski dzwonek,



bajecznie kolorowy makaron i bardzo eleganckie gruszkowe cukierki dla naszej córeczki. Zrobiliśmy się już trochę głodni więc zasiedliśmy w kawiarni. Dostaliśmy wspaniałe gofry z niespotykanego u nas ciasta . Do tego karmel , jagody,  bita śmietana. Wszystko niemożliwie słodkie . Palce lizać. Iwonka zamówiła czekoladę o kawowym smaku . Czekolada była tak gęsta , że łyżeczka nie tonęła, do tego podano ja w eleganckim porcelanowym kubku.


Ja poprzestałem na winie. Posililiśmy się , odpoczęliśmy i do katedry . 


Na jej froncie  oczywiście zegary. Zwykły i jak zwykle słoneczny . Okazało się później , że Briancon nazywane jest sercem alpejskiego Eldorado zegarów słonecznych . Podobno za ten stan rzeczy odpowiedzialne jest  Słońce, które w Briancon gości ponad 300 dni w roku. Wnętrze katedry, jak to w kościele .

 

 

 

 Tylko szaro i ciemno ale zauważyłem , że we wszystkich kościołach tak tu jest.

 



Na suficie oczywiście zegar, ale w poziomie, ciekawe rozwiązanie. 


Witraże ,  obrazy , wota, organy.


 Ruszamy  dalej . Przed nami druga brama miasteczka, wbudowana w piętrowe koszary.  




Wychodzimy rzucić okiem na miasteczko z drugiej,  wyższej strony. Zupełnie inny widok , tym bardziej, że stąd już bardzo blisko do fortów okalających miasto .

Stare miasto w Briancon nie należy do dużych, zaledwie dwie równoległe ulice wplecione w pajęczynę małych i wąskich przejść. Wracamy za bramę i znów przemykamy wąskimi przesmykami. . Po lewej wejście na mury i oblodzone schody aż do pomnika wspomnianej niewiasty.


Stamtąd zapewne piękny widok na cała okolicę i dachy domów  ale poprzestajemy na tym , przecież widzieliśmy już wszystko z nartostrady. Zresztą i ciężko i niebezpiecznie. I choć sama forteca w centralnym miasteczku tzw.  Fort  Du Chateau




 jest potężna  to zaraz za nią na jeszcze wyższym wzgórzu Font Christiane znajduje się dużo większy fort –  Fort des Trois – Tetes.

F)ORT


 Połączony z cytadelą kamiennym mostem  d’Asfeld .



 Do tego po obydwu stronach doliny kolejne dwa forty  po lewej  Fort des Salettes




zaś po prawej  Fort  Randouillet ,



 w oddali widać kolejny  Fort d’Anjou 

 
. Za to w dole w parku nad jeziorkiem coś w rodzaju arkad .

 



 Idziemy połazić jeszcze po miasteczku. 


Kamienice ciasno przytulone do siebie ale między kilkoma są wąskie przejścia, jedna stoi nawet w odległości  80 cm od sąsiedniej, ciekawe po co ?



Pusto tu strasznie , jesteśmy my i może jeszcze kilka osób . Reszta  pewnie na nartach. Większość sklepików zamknięta . Postanawiamy , że następnego dnia przyjdziemy tu wieczorem na kolację i zobaczyć to wszystko oświetlone.  Znajdujemy drogowskaz do mostu łączącego forty 



ale odpuszczamy i zasuwamy do górnej bramy, do autobusu. Musimy się pośpieszyć bo przed nami jeszcze droga na termalne baseny a stamtąd ostatni autobus wraca po 18 tej. Wychodzimy zachodnia bramą , mamy chwilę, autobus dopiero za 10 minut . Robię jeszcze parę  fotek  fortów i miasteczka.


 Podjeżdża autobus. Kupiliśmy bilety i czekamy . Nagle hałas nie z tej ziemi. Nie wiemy kompletnie co się dzieje. Jakby czołgi jechały . Nagle koło nas przejeżdżają ze strasznym hukiem silników trzy wojskowe wozy na gąsienicach .  Straszna siła . Aż strach , dreszcz po pleckach przeszedł. Pierwszy raz widziałem w ruchu taki sprzęt. I to wszystko po asfalcie. To te które widzieliśmy na przełęczy jadąc tym g… busem do Briancon. Żałowałem , że nie zrobiłem im zdjęcia. Autobus jeszcze czekał, bo to pętla była  🙂 Nagle jest , kolejna maszyna . Wybiegłem z autobusu i pstryk. 



 Nie wiedziałem co robić , huk straszny , ziemia się trzęsie. To coś z przyczepą,  podwójne na gąsienicach z całkiem sporą prędkością śmignęło koło nas. Byłem pod wrażeniem.   Uff !!!  To nie był hałas , to był potężny ryk silników.

Zjechaliśmy autobusem aż pod nasz hotel i bez wchodzenia do domu przesiedliśmy się do ski busa . Ale nie do jakiegoś pierdoły tylko normalnego turystycznego porządnego autokaru , który w ramach ski pass’a zawiózł nas na basen.



 Jechaliśmy przez wszystkie trzy kolejne wioski narciarskie połączone stokami z Briancon. Po drodze różna ale góralska zabudowa ale mniej efektowna niż u nas na Podhalu. Po przeciwnej stronie doliny,  szczyty po których codziennie jeździliśmy. Co jakiś czas wyciąg na górę , gondolki różnego rodzaju.  Bardzo ładna  czerwona kolejka w Chevalier.


 Na rondzie ta sama tylko stara, taki eksponat muzealny jako  ozdoba i znak rozpoznawczy mieścinki.



Po półgodzinie podjeżdżamy pod baseny. 



Już z daleka widać parę buchającą ze śniegu i ludzi kąpiących się pod gołym niebem.



 Budynek nie specjalnie okazały ale… bez wahania wchodzimy.



 Kolejki żadnej . Kupujemy bilety , nowe klapki i zasuwamy do szatni. Przy wejściu na basen  od razu niespodzianka. Francuzi w ogóle się nie szczypią . W głównym przejściu z szatni na basen , męska toaleta.  Żadnych drzwi. Pisuary na wierzchu. Luzik. 


 Lightowe podejście jakby powiedział jeden z naszych kolegów. Jednak przyznam , że trochę krepujące. Pan sika , obca pani stoi obok. Reszta sobie chodzi . Z drugiej strony  można było te pisuary zamontować po prostu po drodze wzdłuż ściany korytarza, co za różnica i po co tyle zachodu z pomieszczeniem łazienki. Wchodzę pierwszy między dwoma murkami. Nagle fotokomórka włącza prysznice,  z zaskoczenia atakuje mnie woda z obu stron. Cud , że nie miałem jakiejś elektroniki czy aparatu. Wchodzi żona,  ledwo zdążyłem krzyknąć  „stój”  bo wycieralibyśmy się chyba w papier toaletowy , zresztą bardzo lichej jakości. Ładuję się do wody . O rany 38 ’C , poparzę się ale po chwili ulga , cudownie.   W basenie różne atrakcje ale generalnie tak jak w innych tego rodzaju obiektach. Drugi basen na zewnątrz, woda cieplutka , mróz, śnieg dookoła , białe szczyty gór . Wszędzie bulgotki , bardzo dużo , wszyscy leżą w ciepłych bąbelkach aż trudno gdzieś się wkręcić ale jak już się uda to relax jak marzenie. Balsam , na obolałe od całodziennego wysiłku ciała . Szczególną ulgę przynosił mocny strumień gorącej wody na wysokości kostek , łydek  i  kolan . Wręcz do bólu rozmasowywał miejsca,o których noga pamięta , że była w narciarskim bucie .. i niech mi nikt nie mówi , że on to ma takie buty, że czuje się jak w klapkach , szczególnie przy pierwszym przed  sezonowym zakładaniu  i  tuż po zdjęciu po całodziennej jeździe . Od dziecka jeżdżę  na nartach , wydaje mi się , że wiem coś o tym. Widzę kręcące się bez celu dwie starsze panie , każda z nich na pewno pamięta zdobycie Bastylii . W Polsce żadna z osób w tym wieku nie odważyłaby się przyjść na basen . Zwalniam miejsce i zapraszam . Panie dziękują zdumione i pytają skąd jestem . Odpowiadam , że Poland, a one stanowczo , że nie Poland tylko Polonaise z uśmiechem dziękując. Francuska duma, nic po angielsku. Ale to było miłe. Wracamy. W środku kompleksu marmurowe łoża pod lampami promiennikowymi gdzie można się rozgrzać , wysuszyć  i poleżeć na ciepłym kamieniu J Dookoła klimat Rzymskich term. Wszystko w formie grot. Trzy obok siebie , każda oświetlona  światłem w innym kolorze,  Każda kolejno z gorącą , letnią i lodowatą wodą . Zaczyna się od tej najcieplejszej , ho, ho aż ciężko oddychać  i po kolei. Wszyscy jednak dzielnie pakują się do tej lodowatej bez względu na wiek . Morsy jakieś 🙂 ? . To, że ja wszedłem to pikuś ale Iwonka ??? no,no zadziwia mnie czasem , nie wiem do końca , czy to odwaga , ciekawość  czy jeszcze coś innego.

Dalej łaźnia hamman, fantastyczna sprawa , lubię takie parowe miejsca jednak zaraz mnie przytyka i muszę uciekać. No cóż, starzeje się.  Dalej niespodzianka . W tej grocie cisza , spokojne zielono błękitne światło , basenik okrągły z leżankami dookoła. Kładziesz się , zanurzasz głowę i pod wodą słyszysz spokojna muzykę .  Przyjemnie , nie powiem. Iwonce bardzo się podobało 🙂.  Jest jeszcze parę  pierdółek dla dzieci ale wokoło głównie sami dorośli . Może dzieciaków było kilka w całym basenie. Jest jeszcze grota , cała wypełniona wodną mgiełką . Fajnie się w niej oddycha. Poza tym są też typowe w takich kompleksach atrakcje , jak sauna , sale fitness itp. Zbieramy się gdyż ostatni autobus do Briancon o 18,30.
Zadowoleni pakujemy się do niego i już po dwudziestu minutach jesteśmy w hotelu. Miły dzionek.
Czwartek

Pogoda bajka , ani jednej chmurki . Wcześnie  lądujemy  w gondolce. 




Mamy na dziś ambitne plany , więc czasu szkoda. Wypoczęci , po wczorajszym dniu zrelaksowani , ruszamy na Pic De L’Yret.  Dziś już zdecydowanie posuwamy aż do wioski Frejus. Nawet szybko nam poszło . Wjeżdżamy na Cucumelle a w zasadzie Le Vallons. Przed nami znowu piękne widoki , nie tknięte stopą ani nartą ludzką zbocza  gór , błękit nieba , słoneczko.




 Kilku śmiałków na nartach ze spadochronami. Rozpędzają się z góry i z rozpostartą już wcześniej czaszą skaczą w dół. 



Fajne , nawet nie wydaje się niebezpieczne. W pięknej scenerii zjeżdżamy do podnóża Yret. Po lewej bardzo stromo ale pięknie . Daleko w dole wyciąg Cucumelle , krótki , nawet nie ma podpórki na narty za to bardzo stromy.

 



 Jedzie się bardzo ostro w górę więc niebo przed nami wydaje się granatowe , do tego poniżej biały śnieg . Efekt piorunujący.

Tylko tu można uchwycić takie zjawisko.  Cudownie . Zjeżdżamy jeszcze raz na Eychaudę. 
 


 
 
 
 Nią pojedziemy w dół w kotlinę na du Bachas  2,176 m i do  Czapki . No tak się nazywała restauracja – La Chapka. 
 
 
 Po lewej Masyw Yret  2850 m. 
 
 
 
 
Na początku bardzo płasko , ledwo się zsuwamy. Po drodze, mijam jakiś zamarznięty staw . 
 
 
Jest ostrzeżenie , że woda skażona 🙂 . 
 
 
 
Tuż obok niego ciekawie oświetlone zbocze . Fale ? 🙂 jakby góra pulsowała . 
 
 
 
Dalej już lepiej i szybciej ale to bardzo łagodny zjazd . Iwonka zachwycona , super trasa dla niej , bezstresowa. Byliśmy tu już we Wtorek. 
Zostawiam ją na Eychaudzie 
 
 
 
 
i wjeżdżam na Yret zobaczyć czy małżonka podoła wyzwaniu.
 
 
 
 
 
 
 Na górze wspaniale , tu już jest bardzo wysoko . Widok zapiera dech w piersiach , dosłownie. Jakby ciężej się oddychało i bardziej się męczyłem ale może to złudzenie. Ludzi niewiele,  raptem kilka osób , wszyscy robią sobie zdjęcia. Może to nie Everest ani Mont Blanc ale stąd już góry widać aż do horyzontu i to jakby z góry. Z córką już tego doświadczyliśmy w Solden w Austrii , tam było jeszcze wyżej. Teraz już wiem skąd wzięło się powiedzenie „ o dachu świata „ . Dokładnie tak się poczułem.
 
  Bliżej widok na Cucumelle i zjazd z Vallons.
 
 
 
 
Zjazd z Yret bezproblemowy , stromo ale bezpiecznie wręcz łatwo , no jak dla kogo 🙂 Trasa świetna , wszystko pod tobą . Zdecydowanie wolę jeździć po wysokich górach niż jakiś leśnych przecinkach.  I prędkości nieporównywalne , no tu już można poszaleć . Zachwycony,  z wielka prędkością wpadłem na Eychaudę i zjechałem do żony . Patrzę . pani Iwonka spokojnie siedzi na słoneczku przed restauracją i popija gorącą czekoladę .
 
 
 
 Najpierw obowiązkowa toaleta i z dużym piwkiem zasiadłem obok żony. Słonko przygrzewało , knajpka w dolince więc nie wiało , leżaki, wielka frajda .  Pól godzinki i ruszyliśmy razem na Yret. Żona trochę w strachu , nie lubi takich białych przestrzeni , czy jakoś podobnie to tłumaczy. Wjeżdżamy na górę . Po prawej wysokie szczyty , między nimi najwyższy Les Agneaux Montage 3664m.
 
Poniżej , podobno 🙂 gdzieś w dole miedzy nim a nami jest duże jezioro o magicznej nazwie 🙂 oczywiście Eychauda ale widać je tylko latem bo teraz wszędzie biało . Fantastycznie, dzika natura. Wg Wikipedi znajduje się na wysokosci 2514 m jest zamarznięte przez dziewięć miesięcy i wygląda tak :
 
 
Ale do rzeczy 🙂 Na samej górze wyciąg przejeżdża nad krawędzią grani i wyskakuje na drugą stronę góry ukazując całą panoramę Alp niemalże aż do morza. Uprzedzam Panią, że widok będzie szokujący , horyzont dookoła , tak wysoko jeszcze nie była .
 
 
Stajemy na szczycie . Znów ta sama ceremonia . Panorama .
 
 
 
 
 

 My Japończykom . Oni nam. Sami sobie nawzajem. 

 
 
 
Aż przyjemnie postać i popatrzeć . Widok wart każdych pieniędzy. No i poszli w dół 🙂 Ja trochę na wariata ale tylko po to żeby zrobić małżonce z dołu parę fotek i filmik dla dziecka. Bo inaczej nie uwierzy , że mama tak wysoko , na nartach i, że zjeżdża . Żona ze spokojem , bez brawury  ,bliżej i bliżej . Zaskoczyła mnie . Co raz zjeżdżałem 100—200 m niżej żeby się przygotować do robienia zdjęć , a Iwonka dojeżdżała do mnie zanim  zdążyłem wyciągnąć aparat czy Iphona.  Coraz lepiej jej to wychodziło .
 
 
Jak już dotarliśmy na Eychaudę powiedziałem , że jestem z niej bardzo dumny i taki też byłem.  Iwonka uważająca jazdę na nartach  za zło konieczne i tylko z chęci dotrzymania naszemu dziecku i mi towarzystwa decydowała się czasem na założenie nart i tych ciężkich butów. Walcząc ze strachem , prędkością i tymi wszystkimi atrakcjami , które nam sprawiają nieukrywaną przyjemność , a ją jak mówi przerażają , że nie lubi tego i koniec. Zwykle wolała się opalać gdzieś na szczytach gdy my z córeczką śmigaliśmy we dwoje po stokach.  A tu proszę , zasuwała po wielkich górach aż miło… Ktoś kto nie wie  o niechęci  Iwonki do tego sportu  powiedziałby , że tak sobie po prostu spokojnie bez emocji zjeżdża.  No dobrze . Znowu byliśmy na dole. Teraz przyszedł czas na mnie. Ja na Yret a Iwonka na Eychaudę i tak kilka razy. Bajka . Wyszalałem się trochę. To było to co lubię , wysoko , szybko , stromo , ale bez ekstremalnych niespodzianek. Śnieżek , słoneczko , rewelacja. Spotkaliśmy się już przy wyciągu na Vallons . Po prawej wspaniały widok na długa dolinę, nie tkniętą przez człowieka, Śnieg jak pierzyna , puchaty , skrzący się w promieniach słońca.
 
 
 
Wjeżdżamy na Vallons . Znów niebo w granacie, biało niebiesko , jak    w     ………..         Grecji. 🙂




Ciśnienie wzrasta , szybciutko zjeżdżamy do  knajpy  Le Pi – Mai . Kawał drogi , nogi już trochę bolą ale się nie zatrzymujemy. Nie ma rady. Ale stok z Vallons wygląda świetnie.




 W knajpie zestaw tradycyjny , łazienka , piwo, tym razem bez zupki.

Spoglądając na pozostałości na sąsiednim stoliku przez ułamek sekundy pomyślałem , ze trochę szkoda, że nie jesteśmy w grupie ale … z doświadczenie podpowiadało mi , że nikt z naszych nie podniósłby takiego rachunku. Przecież za cenę tej lufki w Carefourze kupi się butelkę. Ten argument zawsze zwala mnie z nóg, :))))))   Walnąłem lufkę i w drogę.

 

Czasu coraz mniej , powiedziałbym , że bardzo późno.  Wracamy tą sama trasą co we Wtorek , z tą tylko różnicą , że w paru miejscach o tej porze wąskie zjazdy , głównie te do wyciągów mocno oblodzone co sprawia Iwonce pewne kłopoty ale ostatecznie kończy bez wywrotki. Na Prorel jesteśmy po czwartej .



 Wjeżdżam z Iwonką orczykiem do  gondolki , żeby być pewnym , że zjedzie nią a nie zostanie sama na szczycie gdyby już nie chodziła bo już mocno po czasie. Chodzi . Sam walę na dół nartostradą. Nie mam zdrowia posuwać te kilkadziesiąt metrów pod górkę . Zjeżdżam do stacji w połowie drogi. Na tabliczce informacja, że ostatni zjazd 16,10 jest 16,40 ale jeździ  . Uff !!! udało się ,  nie chciało mi się chodzić na dole po schodach w butach narciarskich dźwigając na plecach narty. Niby blisko ale po co ?  

Po kąpielach i obiedzie wybraliśmy się ponownie na Stare Miasto. Teraz już po ciemku . Przed nami główna ulica Briancon, zimno trochę więc wsiadamy w autobus.






 W dali widać ładnie oświetlone mury i kamieniczki .
 Od razu rzucają się w oczy mocno podświetlone wieże katedry. 



Stajemy przed bramą , wszystko ładnie oświetlone .



 Ruszamy w miasteczko . Zdecydowanie nam się podoba.


                                                      Ku naszemu zaskoczeniu wkoło puchy .

Obeszliśmy je całe tak jak wcześniej w dzień , zajrzeliśmy jeszcze w kilka innych kątów.



 Po czym ruszyliśmy w stronę mostu d’Asfeld. Nie było go, znaczy , nie był oświetlony , nawet go nie widzieliśmy , nawet nie wiedzieliśmy gdzie się znajduje. Całe stare miasto jest nadal zamieszkane . Górna  jego część , czego prawie nie widać jest już normalnym miasteczkiem . Kamienice , niektóre nawet nowoczesne to normalne mieszkania.Trzymają klimat całości i są sprytnie wkomponowane między stare domy. Jednak tu już jest ciemno i nieprzyjemnie . Może dlatego że byliśmy tam po ciemku sami. Nawet obszczekały nas głośno , do tego znienacka  jakieś psy.  Kilkoma krętymi uliczkami jeżdżą nawet samochody. Widzieliśmy sprytnie ukryte podziemne garaże.


 Przemykamy wąskimi  uliczkami , czasem mijają nas jakieś cienie , to jacyś miejscowi. Nie czujemy się pewnie w tej części miasteczka. To taka jego ciemna strona.  Ogólnie rzecz biorąc miasteczko bardzo ładne , ale jesteśmy mocno rozczarowani . Liczyliśmy , że będzie tętniło życiem . Sklepiki, galerie, restauracje, tłumy ludzi.  A tu cisza, Część lokali zamknięta , sklepików też tylko kilka otwartych.


 Pusto.  Szkoda.  Na jednej z garerii z całą masą zdjęć i fotografii w tym oczywiście słonecznych zegarów , przyklejona trochę wyjaśniająca zaistniałą sytuację kartka . Na niej , że galeria będzie czynna dopiero od 16 lutego.  Może dopiero wtedy zaczyna się tu sezon, bo ilość knajpek z winem i sklepików świadczy o sporej ilości klientów . A może są tu latem ???  Wracając ładniejszą częścią miasteczka , obeszliśmy mnóstwo ciemnych zakamarków, trafiając na  kościół Cordeliers oczywiście z jeszcze jednym zegarem na ścianie i pręgierzem bo chyba tak to sie nazywa.


Ruszyliśmy w stronę wyjścia, spacerując wzdłuż oświetlonych murów

 i przechodząc przez kilka bram.



 Opuściliśmy starówkę tą położoną najniżej rzucając okiem na potężne fortyfikacje.







 i piechotką skierowaliśmy się do hotelu. Po drodze weszliśmy jeszcze do  piekarni , pospacerowaliśmy po uliczkach,





  minęliśmy znajomą stację benzynową i już po chwili byliśmy w hotelu.  Zjedliśmy kolację . Pyszną ziemniaczaną zapiekankę z tartym serem i przyprawami.



Ustaliliśmy z Iwonką , że  jutro nie będziemy tracili czasu na dojazd, na nartach na Valoons tylko od razu pojedziemy ski bus’em do Montier . A tam już tylko jednym krzesełkiem do knajpy pod  Yret.  Pogawędziliśmy z kolegami , rzuciliśmy propozycję wspólnego wyjazdu i  lulu. Przed nami ostatni dzień.

Piątek.
 Niespecjalnie chciało mi się wstawać ale myśl o kąpieli , że ostatni kąpie się prawdopodobnie w zimnej wodzie, skłoniła mnie do ruszenia d… . Pogoda na zewnątrz bajkowa więc szkoda było marnować czasu. Zjedliśmy śniadanie . Iwonka już wcześniej była w piekarni , zresztą jak co dzień 🙂 i ruszyliśmy do szatni . We czwórkę 🙂 udaliśmy się na przystanek ski busa, oddalony od naszego hotelu jakieś 22 m  🙂 Po pół godzinie byliśmy w Monteir , a po kolejnych 15 min na górze. Pogoda i widoki  tak jak dzień wcześniej tylko trochę wiało. Mimo to wymarzona pogoda. Ustaliliśmy , że nie będziemy męczyć Iwonki zjazdami z Yret niech sobie jeździ Eychaudą a my we trzech trochę pohulamy z samej góry. Przy pierwszym wjeździe od razu poczułem , że jest zimniej niż dzień wcześniej . Bezchmurne niebo ale na samej górze wiatr wiał z taka prędkością , że było słychać jak gra na linach od wyciągu.

 


 Nawet nagrałem te dźwięki.  Na górze we trzech ale norma , panorama, fotka , tak , fotka siak. I na dół .




 Trasa świetna , znowu można było się rozpędzić . Wreszcie miałem z kim poszaleć. Na całej długości stoku i to na całej długości może sześć , siedem  osób i to łącznie z nami .Kilka chwil i już na dole. Wariactwo 🙂

Panorama alp wspaniała.

Piękny dzień,  jechałem chyba z sześć razy. Większość z kolegami , ostanie już tylko z jednym. Zastanawiałem się dlaczego tak nie było od początku pobytu ale cóż. Kolejny zjazd w gwałtownych podmuchach wiatru . W górnym odcinku, zwiało na naszych oczach prawie cały śnieg . Zrobiło się ślisko i twardo. No i zawiewało strasznie w twarz ale co tam, warte to było naszego zachodu. Cieszyłem się , że przyjechaliśmy tu autobusem , przynajmniej nie trzeba było wracać po dwóch zjazdach. W doskonałym nastroju zjechałem  z kolegą do knajpki gdzie już czekała na nas małżonka z drugim kolegą. Ustaliliśmy, że wjeżdżamy jeszcze raz i walimy prosto na Cucumelle gdzie zaczeka na nas Iwonka, a stamtąd już razem do domu.

Ostatnie spojrzenie na Alpy…..





 i Cucumelle w dole 






i jazda na zbity pysk :)))) .  Wjazd na Cucumelle, znowu granatowo , pięknie,

 

Le Vallons



 Dalej , znanym już zjazdem do Le Pi – Mai ,






 toaleta , piwko 🙂 i dalej znaną już trasą . Jeden z kolegów zaczął się robić nerwowy , a to, że późno, że nie zdążymy i takie tam śmieszne pomysły 🙂 Cisnął strasznie ale przecież nie mogłem zostawić Iwonki . Nasz drugi przyjaciel jednak cierpliwie nam towarzyszył , hamując nieco drugiego 🙂 Tak naprawdę nie było paniki gdyż poprzednio byliśmy w tym samym miejscu pół godziny później. Tak więc nielubianym wyciągiem znów dostaliśmy po nogach i do góry . Nagle …..   …. konsternacja.  Nasz jedyny , pogięty orczyk, na  Clot Gauthier nie działa. No pięknie.  Ludzi sporo, nie panikują . Ja też nie bo przecież z każdego miejsca można w najgorszym wypadku zjechać aż na sam dół do jednej z wiosek i dalej ski busem gdzie sie chce. Też nikt nie zostawiłby turystów samych po ciemku na stoku. Wyciągamy mapkę . Niewiele z niej wynika . Jest taki mały orczyk zaraz obok , sporo przy nim ludzi , jedzie co prawda trochę w inną stronę ale decydujemy się. Na górze okazuje się , że wszystko będzie ok. Damy radę. Trochę dłuższą drogą ale koniec końców jesteśmy na Clot Gauthier.

 



Stąd to już rzut beretem.Raz w dół raz w górę i jesteśmy na Chevaliere, po drodze mijając miejsce gdzie najpierw jakiś czubek wlazł jakoś na skałę , po to tylko żeby zaraz z niej zeszkoczyć . nie wiem czy przeżył ale krwi nie było. 



 Kolega bardzo panikuje , ostatkiem woli powstrzymuje się przed opuszczeniem nas. Może ma ważne powody 🙂 Dla poprawienia mu nastroju drugi próbuje na różne sposoby sprawdzić sprawność bipera lawinowego do jeżdżenia poza trasami. Na czym też się schodzi 🙂 gdyż jakiś sprytek wymyślił go akurat w nogawce gdy inni mają go wszyty w rękaw kurtki.



 Komicznie wyglądał próbując podnosić wysoko nogę z nartą i butem żeby sięgnąć do czujnika. Szybciutko zjechaliśmy pod Prorel . Ostatni raz w górę i …. kolega przestał się śpieszyć . Dziwne :))))     Minęliśmy świeżo osuniętą lawinę 



, nie wspominałem wcześniej o zagrożeniu  3 i 4 stopnia na prawie wszystkich stokach. A kilku desperatów , powiedziałbym samobójców  też parę razy widzieliśmy poza trasami . No bo po co włazić dwie godziny a czasem cały dzień gdzieś w okolice szczytu , żeby zjechać w dół w półtorej minuty do tego igrając ze śmiercią.




Ale wracam do tematu .  Iwonka z kolegami ruszyła w górę do gondolki

 
Po drodze minęliśmy narciarzy w śmiesznych strojach, chłopcy świetnie się bawili, zresztą widywaliśmy ich już wcześniej.
 



  Ja pojechałem nartostradą . Chciałem ostatni raz spojrzeć z góry na puchowe pagórki , doliny Briancon, forty i Stare Miasto . Zrobiłem ostatnie zdjęcia






 i zjechałem do gondolki.



 Przez cały tydzień chciałem zrobić zdjęcie maszynowni  i tych wszystkich urządzeń które napędzają tę całą maszynerię wciągającą nas na górę . Każdego dnia odkładałem to na jutro, bo zawsze targałem narty, a dziś właśnie ktoś  ……. zgasił światło. Pech . Zjechałem do hotelu i po jakimś czasie już wykąpany przywitałem całe towarzystwo. To był ostatni ale jakże udany dzień naszej wyprawy na narty do Briancon . Do tego jedyny spędzony wspólnie , przynajmniej z kolegami z naszego pokoju. Mocno poprawił mi się nastrój. Tak miało być , po to tu przyjechaliśmy. Sami z Iwonka nie musieliśmy się tłuc półtorej doby w autokarze, jedynym „ za” , było to , że jedziemy w grupie znajomych . No cóż , to akurat nie wyszło. Ale sam pobyt wspominamy dobrze , zmieniliśmy zdanie i o górach i hotelu . Pewnie chętnie przyjechalibyśmy tu po raz kolejny ale już na innych zasadach , może w zmienionym nieco gronie, do tego samolotem albo w ostateczności pociągiem.

No ale do rzeczy. Wróciły koszmary związane z Panią Ewą i busikiem , a także z samą podróżą do kraju. Małżonka próbowała się do pani już wcześniej dodzwonić ale różnie z tym bywało. Zażądała stanowczo  zamiany pojazdu oświadczając , że pod żadnym pozorem do tego Transita już nie wsiądzie. Pani Ewa, z rozbrajającą szczerością oznajmiła, że zna temat  i , że nas rozumie,  niczego więcej nie mówiąc poza tym , tylko że zbiórka przed hotelem o 8 rano. A to  Ciekawe , bo na 8,15 umówiony był odbiór pokoju. Nasi koledzy jak to usłyszeli to się odrobinkę wkurzyli i od razu wychowawczo przesunęli  to na 9,15 , z tym nie było problemu. Teraz czekało nas podobno porządne sprzątanie. Nie jestem przyzwyczajony do takich akcji . Z żoną zwykle zostawiamy po sobie czyste pokoje , bez śmieci , brudnych garów, z zasłanymi  łóżkami ale bez przesady. W końcu jesteśmy gośćmi . To jednak tylko z nazwy był hotel , więc panowały tu również  zupełnie mi nie znane,  hostelowe zasady. No cóż . Moi koledzy sprzątali pokoiki jak przed przyjazdem teściowej na wigilię. Mieli ze sobą płyny i takie różne rzeczy J  Z naszej strony Iwonka była w swoim żywiole, pakowała fachowo naszą walizkę i podręczny bagaż. Nie przykładałem się zbytnio,  dźwignąłem się dopiero przy  …Ha , ha –podnoszeniu łóżek … . Chłopców ogarnął jakiś szał sprzątania . Masakra jakaś . Idę o zakład , że przez ostatnie kilka lat w życiu nikt tak tego pokoju nie posprzątał . Tym bardziej tylko po pięciodniowym pobycie. Jeśli był jakiś czyściejszy to tylko ten reszty ekipy , niewątpliwie J na bank J z pewnością J.  Iwonka załatwiła jeszcze odkurzacz więc  żaden pyłek nie miał absolutnie żadnych szans. Co prawda straciliśmy gdzieś , sporą pokrywkę na garnek ale jakby co mieliśmy iść w zaparte , że nie wiemy o co chodzi . Nie robiąc już bałaganu , poszliśmy spać , w końcu musieliśmy następnego dnia wstać rano , zjeść śniadanie , ewentualnie jeszcze coś tam ogarnąć, wynieść graty, no i najważniejsze zdać komisyjnie pokoje.  No i transport  o ósmej do  Orell , bo reszta będzie już tam na nas czekała  przy „magicznym  sklepie”,  w autokarze. Nie rozumiem sytuacji ale ewentualny brak akceptacji jeśli chodzi o porządek w pokoju wywoływał jakiś niezrozumiały niepokój . Podobno, nie zaliczenie tego testu miało skutkować dopłatą 60 €. Tak więc,  z samego rana byliśmy gotowi. Iwonka wcześniej  pobiegła do piekarni , żebyśmy mieli jakieś porządne żarcie na drogę , po drodze zahaczyła jeszcze o księgarnię kupując dla naszej córeczki fantastyczny poradnik „ jak robić francuskie GLUTY „ i jeszcze parę innych książek. Wynieśliśmy na korytarz bagaże i czekaliśmy na komisję. Komisja w składzie , jeden uśmiechnięty lekko rozpędzony ,  chyba kierownik hotelu ? . Wpadł do środka , poszperał po kuchni wystawił prawie pełną butelkę  oleju  do wyrzucenia , wypieprzył całą torebkę mielonego pieprzu na czyściutki blat , po czym stwierdził  z uśmiechem , że „family perfect” i tyle. Trzeba było teraz zwieźć nasze torby do recepcji. Sprawa wydawała się prosta , w końcu mieliśmy pokój przy samej windzie. Myliliśmy się . W tym samym czasie wyprowadzał się niemal cały hotel. Nawet jak już za którymś razem otwierały się drzwi od windy , to nie było  gdzie wcisnąć nawet jakiegoś kurdupla , choćby  Yorka . I tak sobie czekaliśmy. W końcu kolega został na górze ja zaś zszedłem na parter gdzie wsiadłem do windy myśląc, że pojadę na nasze pierwsze piętro. No tak , najpierw wywiozła mnie do garażu , gdzie wsiadł jakiś pan i nierozważnie dla mnie wcisnął  czwórkę . Winda zatrzymywała się jadąc do góry  dokładnie na każdym piętrze i na każdym piętrze stał dziki tłum ludzi z walizkami . Na czwartym wsiadło ludzi do oporu i znowu piętro po piętrze jechaliśmy na dół, ku złości wszystkich po drodze a na pierwszym ku zdumieniu mojego kolegi , że winda pełna. Sytuacja się powtórzyła parę razy aż udało mi się wreszcie samemu dojechać na nasze piętro . Ku naszej radości , naszą zawaloną do granic możliwości windę ktoś ściągnął i na drugie, i na trzecie , na tych piętrach tylko popatrzyli i dali spokój ale pojechaliśmy też na czwarte i tu jakiś niewydarzony dziadek zlustrował nas bacznie , potem windę ocenił swoje szanse i , nie uwierzycie , wpakował nam się jakoś do środka i to z torbą. Wytłumaczyliśmy mu po polsku co o tym myślimy  J  a on coś tam mrucząc pod nosem po francusku,  nic sobie z tego nie robiąc z uśmiechem wcisnął się jeszcze głębiej. Zaduszę gada pomyślałem . Dalej jeszcze tylko trzy postoje i byliśmy na parterze. Mogliśmy to stargać wszystko na dół po schodach ale tam też był ruch z walizami i nartami  w obie strony. No i nie po to tam staliśmy tyle jak …. ciecie J , żeby teraz walić z tym majdanem  po krętych schodach.
Wreszcie rozlokowaliśmy się wszyscy w siermiężnej recepcji. 



Była dziewiąta. Mimo to busa nie było , więc po co był ten pośpiech . Nie rozmawiałem z naszą rezydentką przez telefon i to jej szczęście gdyż kolega mający z nią kontakt był mocno powściągliwy w wyrażaniu opinii. Dzwoniąc do niej od czasu do czasu przekazywał nam przez dwie godziny śmieszne informacje typu : bus już jedzie. bus stoi w korku, bus natrafił na wypadek w tunelu, nie wiadomo dlaczego nie ma busa , wszyscy od ósmej  (  Ha, Ha na pewno nie  ) czekają na nas przy sklepie w autokarze, bus już jedzie i takie tam głupoty. Siedzieliśmy w tej recepcji na walizkach do jedenastej gdy gruchnęła wreszcie pewna  wiadomość , że  BUS BĘDZIE ZA GODZINĘ 🙂.

Nie wytrzymaliśmy z Iwonką i ruszyliśmy w miasto. Most był zbyt kuszący żeby go tak zostawić. Ustaliliśmy , że mamy godzinę i po tym czasie stawimy się pod hotelem. Koledzy zostali . Ruszyliśmy na przystanek. Zimno było jak nie wiem co. Wsiedliśmy w czwórkę bo pierwsza przyjechała ale za to pojeździła trochę po miasteczku zanim podjechała pod górna bramę Starego Miasta.


Bez pośpiechu puściliśmy się uliczkami w stronę mostu.


Po kilkunastu minutach ukazał się w całej krasie 



 Pod nim przepaść a w niej płynąca rzeczka lub strumień , nie było widać co to jest ale słychać było  głośny szum , podobno nazywa się La Durance.


do tego z opisem historycznym i projektem budowy.

 
Tuż nad nim fortyfikacje 
 
i świetny widok na Fort Salettes
 


 Doszliśmy już prawie do końca gdy zadzwonił telefon. Bus przyjechał. Wściekli ździebko ruszyliśmy piechotą do hotelu po drodze rzucając jeszcze okiem na arkady.


Przeszliśmy między nowymi kamienicami



 i ulicą niejakiego Jana Aspiranta 


rozglądając i przeglądając się na zakrętach 🙂




wzdłuż murów udaliśmy się do wyjścia 






Ostatnie spojrzenie na stare Briancon



 i po dziesięciu minutach byliśmy z powrotem. Niestety , ku naszemu zdumieniu i wściekłości mojej żony czekał już na nas ten sam rozklekotany Transit.

Biuro i Pani Ewa się nie spisali, za nic nas mieli . Zrobiłem kilka zdjęć tego trupa. Sznurki , druty, pęknięta szyba , no po prostu gruz.



 To się  absolutnie nie nadawało do bezpiecznej jazdy. W Polsce przy pierwszej kontroli natychmiast straciłby dowód rejestracyjny.




Co było robić ? Zapakowaliśmy się jak śledzie i ruszyliśmy . Nasz mistrz kierownicy miał tym razem działającą , przypiętą do czegoś tam gumką do włosów nawigację , miał też dobry humor i chęci. Wiózł nas po bardzo krętych drogach momentami bardzo niebezpiecznych. 

mapka serpentynki

 

 

 

Pogoda na szczęście dopisała . Ściśnięci znowu do granic możliwości podziwialiśmy,  może nie z trwogą ale z mieszanymi  uczuciami jakie piękne widoki mamy dookoła i jaką trasę pokonaliśmy poprzednio po ciemku na łańcuchach . Cud , że żyjemy. Zaraz potem przejechaliśmy przez ładne tunele i umocnione skarpy. 




 nie obyło się mimo nawigacji bez zawracania. Ale jakoś się udało . Nie obyło się też bez nerwów , naszych i kierowcy gdyż Pani Ewa raz po raz podawała jakieś sprzeczne informacje dotyczące miejsca postoju autokaru. Wreszcie po godzince dojechaliśmy do tunelu  Traforo  del Frejus , trzynaście kilometrów , drogi jak diabli –  przejazd 60 € . 

 


Tunel przekopano pod tym masywem

Sopelki

 Nie wiem dokładnie  ale przed jego otwarciem , podróż z jednego jego końca na drugi i to po szczytach, przepaściach i innych serpentynach trwała zapewne pół dnia , jak nic. Jeśli w ogóle istniała taka droga. Zresztą były tam jakieś bardzo stare fortyfikacje ale nie mające nic wspólnego z tunelem, może pilnowały doliny, rzeki czy innego przejścia przez góry . 



  Już przed samym tunelem okazało się sądząc z jego rozmowy przez telefon  z  „pożal się Boże rezydentką”  , że jest coś nie tak i , że on nie będzie dokładał ze swoich , i że cieszy się , że jedzie z normalnymi ludźmi bo inni to by go zlinczowali Po czym użył kilka razy wyrazów na k…. tłumacząc jej , żeby go nie denerwowała , i że aż musi przy poważnych ludziach przeklinać. Na szczęście po chwili zupełnie przypadkiem  zadzwoniła jego żona i trochę złagodniał.  Nam już było wszystko jedno . Już było tak blisko , że wyobrażałem sobie jak robię zapasy wina , serów i innych francuskich delikatesów po czym rozsiadam się w autokarze i czym prędzej do …. domku. Nie … nie, nie dane nam było . Pani Ewa zadzwoniła do naszego  mistrza i bez ceregeli oznajmiła mu , że autokar odjechał już z pod sklepu i czeka  dwadzieścia kilometrów dalej na autostradowym parkingu. Tego było już za wiele. Krew mnie zalała , resztę grupy i kierowcę też . Miał być wyjazd o ósmej , tak ? Mieliśmy jechać godzinę , tak ? Miał być inny bus , tak ? Mieliśmy zrobić zakupy , tak ? Wszystko miało być normalnie , tak ? Przechwyciliśmy ten nasz autokar na jakimś zasranym parkingu. Ostro potraktowaliśmy Panią Ewę. Wchodząc do autokaru przejechałem się jeszcze po kilku Wielkopolanach , odpierając atak na nas , że oni już tu tyle czekają. Byłem gotowy wytłumaczyć  gościom dosadnie co myślę o tym wszystkim i o nich również.

Jednak wyładowałem się na rezydentce . Nie żebym się na nią wydzierał ale powiedziałem co myślę o biurze , o jej przygotowaniu do roli , o tym jak nas traktuje. Zwróciłem jej uwagę i paru baranom, o których wspominałem wcześniej , że oni sobie zrobili zakupy a my mamy przed sobą trzydzieści godzin jazdy o głodzie i suchym pysku. Nie było co strzępić języka , bo niby z kim miałem gadać . Ci z tyłu się zamknęli  zaś pani Ewa z rozbrajającym uśmiechem , przeprosiła nas za komplikacje. Nie dotarło to do mnie, oczekiwałem czegoś więcej. Jakiejś pokory , skruchy lub czegoś podobnego , a nie a tam jakieś beknięcie, przepraszam , jedziemy dalej i usiadła. Na szczęście zapobiegliwość  Iwonki była nieoceniona. Tak naprawdę to byliśmy świetnie wyposażeni na tę podróż . Miałem wielką butlę Ginu , drugą Toniku. Kupę świeżutkich paluchów i rogaliki z serem i szynką. I coś w rodzaju bardzo grubo pokrojonego salami. Nie wiem tylko jak inni ale nie specjalnie pyskowali to pewnie też coś tam na wszelki wypadek mieli.  Jeden z naszych kolegów odgrażał się sądem ale po pierwszych łykach napięcie minęło. Żal nam było tylko takich zwyczajnych zakupów, no cóż Pani chciała zginąć odpowiadając mi , że nie będziemy się już nigdzie zatrzymywali.
I tak jechaliśmy , jechaliśmy i jechaliśmy. Padły propozycje obejrzenia filmów . Nieśmiertelny Kogel Mogel nie przeszedł gdyż był w poprzednią stronę, a i tak każdy obejrzał go zapewne po raz sto .. nie wiadomo który .Towarzystwo doświadczone w drodze do Francji BORATEM , dla jaj krzyknęło  Borat 2 . Na szczęście nasze , Borata , i Pani Ewy nie było czegoś takiego . Uff!!!  Znalazł sięga to jakiś głupawy filmik , dla równie głupawych panienek , o równie głupawych panienkach noszący ponętny tytuł „Szkoła Stewardes” , nijak miał się ku mojemu rozczarowaniu do innych bardzo podobnie brzmiących  tytułów z młodości jeszcze na VHS 🙂 Np. „Pielęgniarki U.S Army”  czy inne pseudo erotyczne hity. Po obejrzeniu tego dzieła zwróciłem uszczypliwie uwagę Pani Ewie , że jeśli chce nas jeszcze kiedyś spotkać na jakiejś wycieczce to musi uważnie i wielokrotnie oglądać ten film, pilnie przyswajając przekazywane w nim treści.  Na pytanie o co mi chodzi ? odpowiedziałem jej , iż jest to na pewno nasza ostatnia podróż autokarem , że jeśli już, to możemy się spotkać  tylko i wyłącznie w samolocie. Tak więc niech trenuje. I tak sobie jechaliśmy dalej popijając co kto miał, przysypiając.  Część drogi  znów leżałem  na gołej podłodze , czekając  w napięciu na kolejny postój. Na jednym z nich uratowałem przed kłopotem poznańską niewiastę stojącą w blokach startowych do łazienki , niestety bramka czekała na € i nie raczyła Pani wpuścić. No cóż.  Proszę. Pani wchodzi powiedziałem wrzucając za nią do automatu €uro. Dwa postoje dalej ta sama pani , dziwnie mi się przyglądając z radością przypomniała o tym sobie i z samouwielbieniem krzyknęła „ Jestem panu 10 centów winna !!! ” . Spojrzałem na nią z uśmiechem i politowaniem , 10 czy 70 co za różnica, pomyślałem . Siedemdziesiąt,  odpowiedziałem  i odszedłem.  Na następnym postoju wpada na mnie i wciska mi siedemdziesiąt centów , nie uwierzycie , większość miedziakami  !!!!! Matko Boska Wielkopolska , chyba cały autokar z tyłu zbierał. Takich nawet maszyna nie przyjmuje, że o austriackiej , czy niemieckiej babci klozetowej nie wspomnę.  Bardzo już chciałem do Warszawy . Po wielu godzinach dojechaliśmy nad ranem do Świecka. Tutaj stacja ale nie wysiadamy bo … coś tam, coś tam ???  Wysiada za to ósemka, to ci co tu wcześniej wsiadali , niemożliwe cała na jednej stacji . Autokar coś tam próbował tankować , sam nie wiem o co chodziło ale ostatecznie musieliśmy jechać na inną bo coś tam, coś tam ???, do tego pobłądziliśmy  ( no , boki zrywać ) po Świecku po czym pojechaliśmy z powrotem do Niemiec . To już były kpiny. Nasi dzielni kierowcy , zresztą już po zamianie uzupełnili wreszcie paliwo i z wolna , ścinając niemalże latarnię ( cud że ludzie krzyknęli ) ruszyli ośnieżoną autostradą w stronę Poznania.
Po kilku kilometrach Pani Ewa oznajmiła , że zaraz zatrzymamy się na śniadanie i tam spędzimy czterdzieści minut. Popukaliśmy się w większości w czoło i stanowczo odmówiliśmy jakiegokolwiek i postoju i śniadania. Pewnie było darmowe dla niej i załogi . Oponowała, że kierowcy muszą odpocząć i takie tam dyrdymały . Ale, że panowie w trasie byli dopiero od dwóch godzin to musiała się dziewczyna obejść smakiem  … fuj !!! O szóstej rano po tylu godzinach jazdy chcieliśmy jak najszybciej do domu. Nie wiem jak Poznaniacy  przeżyli utratę śniadania ale oni byli już prawie w domu więc nie specjalnie oponowali. Czekał nas jeszcze postój w Poznaniu . Kolejny wygłup organizatorki . Wybrała sobie na postój stację Shell’a,  na której jest tylko pojedyncza toaleta, kolejka kilkudziesięciu osób w mękach stała z pół godziny . A może to specjalnie żeby czas zbić kierowcom Karlika. Tu wysiadło pół autokaru , głównie Ci z tyłu 🙂  Uff !!! Nareszcie mogliśmy się swobodnie wyciągnąć .



 Teraz już tylko do Łodzi, tam szybciutko wysiedli kolejni i już po niecałych dwóch godzinach,  wjechaliśmy do Warszawy  tłumacząc kierowcom , którędy mają jechać , z poprawką na gabaryty i wagę autokaru. Poszło gładko . Stanęliśmy pod Pałacem . Minęło 30 godzin od wymeldowania się z hotelu.  Paranoja.

Wysiadając z autokaru nie pamiętaliśmy już, że byliśmy na urlopie, czuliśmy się tak , jak byśmy byli tam miesiąc temu lub w jakiejś odległej przeszłości.  Minęło 30 godzin od wymeldowania się z hotelu.  Paranoja.
Miło ale bez żalu rozstaliśmy się z przewodniczką , pożegnaliśmy ze znajomymi  i ruszyliśmy do domu.
A , że wszyscy wiemy , że wszędzie dobrze ale w domu najlepiej to z ulgą przekroczyliśmy progi naszego domku. I na jakiś czas mamy DOSYĆ !!!   A autokarów na zawsze.
Wyjazd uznaliśmy za stosunkowo udany, Iwonka się rozjeździła aż przyjemnie było popatrzeć, miejsca piękne , najeździliśmy się do woli , jakoś tam wszyscy bez specjalnych kataklizmów przeżyliśmy pobyt ze sobą . Wróciliśmy cali i zdrowi , choć pojechaliśmy absolutnie bez jakiegokolwiek fizycznego przygotowania . Po prostu założyliśmy narty i jazda. Nie zaliczyłem choćby jednego upadku , Iwonka przy mnie też nie. Podobno jak jeździła drugiego dnia sama, to przyziemiła kilka razy ale po tym jak później jeździła to wierzyć mi się nie chce. Widać, że na dobre wyszło . Podróż busem też przeżyliśmy choć nie zanosiło się. W sumie , nieźle .
Tylko obsługa przez biuro była żałosna, nasze bezpieczeństwo niepewne, Zostawieni sami sobie w najtrudniejszych momentach musieliśmy liczyć tylko na siebie. No i ta nieszczęsna podróż.   KOSZMAR !!!
A to wszystko dzięki uprzejmości biura ESPACE TRAVEL i jakiegoś KARLIKA . To chyba oni gwarantowali transport.
No fakt , wyjazd był tani jak barszcz ! Za te pieniądze zginęlibyśmy z głodu w Zakopanem lub gdzie indziej.
A to wszystko dzięki uprzejmości biura ESPACE TRAVEL i jakiegoś KARLIKA . To chyba oni gwarantowali transport.
I to Tyle 🙂

Zegary , zegary – http://gnomonika.pl/news.php?id=40
  > Serre Chevalier >      La Foret  > Clot Gauthier  >  Frejus > Le Vallons  > Cucumele > Eychauda > Yret 2830 > Cucumelle
.

 

 

 

Comments are closed.